Po wstępnych
informacjach jakie zamieściłem w poprzednich postach czas na start bloga z
prawdziwego zdarzenia! Nazwałem go
„Przewodnik subiektywny” dlatego, że chciałem w nim przedstawiać moje ulubione
zakamarki Nowej Zelandii. Takie miejsca, do których rzadko docierają
standardowe wycieczki i turyści wpadający tu na kilka chwil. Wręcz przeciwnie,
to zakątki, w których można pogrzebać w historii, poznać lokalne obyczaje,
podpatrzeć życie mieszkańców, zrozumieć niuanse przyrody, klimatu i naturalnego
środowiska tego kraju. Wiele z tych miejsc jest to tajemnice znane tylko wśród "lokalsów" i sporo rodowitych Nowozelandczyków z innych regionów też o nich nie
wie.
Gotowi na
przygodę poza utartym szlakiem? No to ruszamy. Tak jak poprzednio zacznijmy
więc od Dalekiej Północy.
Okolice Cape
Reinga
Wspominałem już
wcześniej, że to miejsce jest nie tylko urokliwe, ale i pełne maoryskich legend
– serio, można tu poczuć się jak w środku opowieści z innego świata!
Jeśli już
zdecydujecie się tam wybrać, to koniecznie ruszcie z parkingu razem z innymi i
przejdźcie się tą „uroczą” asfaltową ścieżką do latarni morskiej. Przy latarni,
w oddali, na wysuniętym skalnym cypelku, wypatrujcie małego drzewka przyklejonego do skały –
to właśnie Te Aroha.
Te Aroha
Wygląda niepozornie, choć to pohutukawa, czyli tutejsze
„Christmas Tree”. Nazwa nieprzypadkowa – co roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, te
wielkie nadmorskie drzewa stroją się w piękne, czerwone kwiaty. Ale uwaga, to
konkretne drzewko jest wyjątkowe – ponoć rośnie tu już od ośmiuset lat i przez
ten czas zakwitło tylko raz! Według Maorysów to nie byle jakie drzewko, ale
prawdziwy portal między światem żywych i umarłych. Dusze zmarłych Maorysów
zjeżdżają po jego korzeniach prosto do oceanu, gdzie czekają na nich wrota do
zaświatów. W języku maoryskim, jeśli ktoś „zsunął się po korzeniach
pohutukawy”, to znaczy, że odszedł z tego świata – poetycko, prawda?
Po drodze do latarni, możecie poczytać na specjalnych tablicach o innych maoryskich wierzeniach związanych z tym miejscem – niektóre są naprawdę warte zadumy (albo przynajmniej chwili przerwy na złapanie oddechu).
Latarnia na Cape Reinga
Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen
Gdy już wypatrzycie
to legendarne drzewko, zrobicie obowiązkowe zdjęcia pod latarnią i napatrzycie
się na spektakularne, walczące ze sobą fale dwóch oceanów, polecam szybki
odwrót w górę. Po około trzystu metrach, po prawej stronie, znajdziecie tablicę
rozpoczynającą szlak do Te Werahi Beach i Cape Maria Van Diemen. Jest spora
szansa, że na tym szlaku nie spotkacie żywej duszy, a na końcu czeka na was
dzika plaża i fale Morza Tasmana, które naprawdę robią wrażenie.
Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen
Idealne
miejsce na chwilę samotności i refleksji – z dala od tłumu turystów, którzy
zostali pod latarnią. Kąpieli nie polecam, bo Tasman jest naprawdę nieobliczalny
a na ratowników tutaj nie ma co liczyć.
Taputaputa Beach
Moje drugie
ulubione miejsce w tej okolicy to Taputaputa Beach. Tutaj uwaga: do niedawna ta
plaża i zatoka zwane były Tapotupotu, tak więc na mapach i w przewodnikach
ciągle ta poprzednia nazwa może funkcjonować. Lokalni Maorysi stwierdzili, że w
nazewnictwie znowu biali (pakeha) coś przekręcili i twierdzą, że to powrót do właściwej,
tradycyjnej nazwy. Mnie tam wszystko jedno. Ważne, że miejscówka zwala z nóg.
Taputaputa Beach
Aby się tam
dostać, w drodze powrotnej od parkingu przy Cape Reinga, po około 2 km wypatrujcie
dość dobrze oznakowanego odejścia szutrowej drogi w lewo. Na dół do plaży macie
ok 2 km. Wolniutko proszę i uważać na zakrętach, bo wąsko, kręto i na kamyczkach
trochę nosi. Po chwili wyłoni się widok na cudowną zatokę i plażę. Nad plażą
jest sporo miejsc piknikowych ze stolikami i toaletami. W głębi jest pole
campingowe DOC-u. Więc jeśli jesteście kamperem lub z namiotem to polecam to
miejsce gorąco. Rezerwacje on line na stronie https://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/places-to-stay/stay-at-a-campsite/
Jeśli nie pokazuje się w drop down menu to idźcie do mapy i znajdźcie to na
mapie. DOC nie jest perfekcyjny.
Koszt aktualnie $32
za miejsce na dwie osoby. Jest tam woda, ale raczej niezdatna do picia, toalety,
jest nawet zimny prysznic natomiast brak prądu. W szczycie sezonu, czyli
okolicach Świąt i Sylwestra będzie tam trochę tłoczno, ale poza tym okresem jest
luz.
Pewnie już po
tytule zorientowaliście się, że w Nowej Zelandii istnieje pewien lokalny
patriotyzm. Mieszkańcy każdej z wysp mają swoje preferencje co do miejsca
zamieszkania, a największa rywalizacja jest między dwiema największymi, czyli
Północną i Południową. Prawda jest taka, że na Północnej, żyje prawie 4 miliony
mieszkańców a na Południowej 1,2 miliona. No,
ale mieszkańcy Wyspy Południowej ciągle nazywają swoją Mainland, bo obszarowo
jest nieco większa. Takie braterskie przekomarzanie jak między Ślązakami i
Zagłębiokami. A na Stewart Island, tej najmniejszej
wysepce jeszcze bardziej na południe, jest jeszcze śmieszniej. Widzieliśmy tam znak
mówiący „Muszę pewnego dnia wybrać się do Nowej Zelandii. Podpisano:
mieszkaniec Stewart Island”.
Czyli każda
pliszka swój ogonek chwali.
Tak więc jak
wiecie cała Nowa Zelandia jest raczej pustawa ( bo to ledwie 5.3 mln ludzi na powierzchni
porównywalnej z Polską) a Wyspa Południowa jest jeszcze cztery razy bardziej
pusta niż Północna. Nic dziwnego, bo przez prawie całą jej długość biegną
bardzo wysokie góry, a i klimat jest tam bardziej ostry. Natomiast pocztówkowych
widoków i turystycznych atrakcji jest tu jeszcze więcej.
Przeważająca
większość turystów wpada do Nowej Zelandii jak po ogień i dla nich żelazne
punkty „zwiedzalnicze” na Południowej Wyspie są następujące.
Punakaiki czyli
Pancake Rocks
Widowiskowa
formacja skalna nad Morzem Tasmana gdzie warstwowe skały wyglądają faktycznie
jak warstwy naleśników. Z reguły olbrzymie fale Tasmana rozbijają się o nie
tworząc dramatyczne spienione widowisko. Faktycznie ciekawe.
Jedziemy na
południe wzdłuż zachodniego wybrzeża. Następny żelazny punkt to doliny dwóch
największych lodowców.
Franz Josef Glacier i Fox
Glacier
Te dwie niewielkie
acz pełne hoteli miejscowości rozłożyły się u wejścia do dolin, którymi
spływają owe dwa lodowce. Kiedyś schodziły one prawie do morza a dziś trzeba
dość daleko iść w góry, żeby je dostrzec, a jak się chce je pomacać to niestety
trzeba wynająć helikopter. Ocieplenie klimatu w całej okazałości
Fox Glacier w oddali
Najbliżej jak tylko można dojść do Fox Glacier Jeszcze kilkanaście lat temu dochodził do miejsca, z którego robiłem tę fotkę
A tam w oddali jest czoło lodowca Franz Josef. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych był tu za drzewami, na wyciągnięcie ręki.
Dalej zaliczanie
standardów Nowej Zelandii prowadzi niezwykle widowiskową drogą przez Przełęcz
Haast przecinającą Alpy Południowe i spadającą wzdłuż dwóch górskich jezior
Wanaka i Hewea w kierunku mekki turystycznej, czyli Queenstown.
Queenstown i
okolice
Queenstown to
jedno z najdroższych i najbardziej obleganych turystycznie miejsc w Nowej
Zelandii. Położone jest przecudnie nad wielkim górskim jeziorem Wakatipu, widoki
wokół naprawdę zapierają dech w piersiach a atrakcji turystycznych i pompujących
adrenalinę wariactw jest tu co niemiara.
Queenstown
Wszystko to kosztuje, ale warto spróbować.
To
tutaj właśnie, na starym moście nad rzeką Kawarau rozpoczęło się pierwsze
komercyjne skakanie na bungee.
Tutaj również
rozpoczęto na wielką skalę wożenie turystów po górskich rzekach superszybkimi łodziami
napędzanymi turbinami strumieniowymi, które note bene zostały wymyślone również
w Nowej Zelandii przez gentlemana o nazwisku Hamilton. Do dziś ten napęd pozwalający
łodziom nieomalże ślizgać się po kamieniach płytkich kamienistych rzek zwie się
Hamilton Jet Propulsion.
Poza tym jest tu
jeszcze dziesiątki innych tortur psychiczno-cielesnych od zwykłego raftingu,
latania na lotniach, skoków spadochronowych i przemieszczania się w przestrzeni
wszelkimi możliwymi konstrukcjami powodującymi sraczkę i omdlenia. Zimą
natomiast jest to największy ośrodek sportów zimowych, jako jedyny w Nowej
Zelandii z lekka porównujący się do ośrodków europejskich. Powtarzam – z lekka.
Remarkables
Dla turystów
stateczniejszych jest tu też sporo atrakcji: niezliczone i bardzo widowiskowe
trasy piesze, rowerowe a nawet konne. Będąc w tej okolicy większość zalicza
dzień w Arrowtown, bardzo przytulnym starym miasteczku z epoki lokalnej
gorączki złota.
Arrowtown
Obowiązkowa jest też wycieczka do Glenorchy, leżącej na drugim
końcu jeziora wioski pasterskiej, najlepiej jest to zrobić na pokładzie pięknie
utrzymywanego prawdziwego parowca TSS Ernslaw ale można tam też dotrzeć drogą.
TSS Ernslaw
Z Queenstown
organizowane są również niezliczone wycieczki do następnych wielkich atrakcji
turystycznych znajdujących się w przecudnej krainie zwanej Fiordland.
Tutaj kilka słów
wyjaśnienia zawiłych angielskich terminologii w wydaniu nowozelandzkim. Ktoś kiedyś
nazwał tę krainę Fiordland i słusznie, bo pełna jest ona przepięknych fiordów
jak w Norwegii. Jednak niedouczeni osadnicy większość z nich nazwali „soundami”.
No i dyskusja co do tego kto ma rację trwa do dzisiaj.
Geografowie
twierdzą, że fiord to zalana morzem dolina lodowca a sound to zalana morzem
dolina rzeki. Ponieważ spod lodowca zawsze wypływa rzeka więc dla mnie ta
definicja jest nieco do bani. Wg mnie większość „soundów” na świecie to
faktycznie zalane doliny rzek, ale już z dala od gór więc „soundy” są szerokie
i z brzegami bardziej płaskimi. A gdy góry z lodowcami są blisko morza i zostają
zalane to tworzą się fiordy, które mają strome zbocza i są zwykle wąskie. A
więc w Fiordland są fiordy i tylko przypadkowo zostały nazwane soundami. Jak
ktoś to pojął to może czytać dalej. Jak nie to proszę czytać jeszcze raz.
Milford Sound
Najpopularniejszy
fiord w Nowej Zelandii. Obfotografowany do znudzenia.
Milford Sound
Spory kawałek z
Queenstown trzeba przejechać, aby się tam dostać, ale faktycznie warto, mimo,
że kocioł tam straszny. Główna atrakcja to wycieczka statkiem po fiordzie, ale
można też samolotem, kajakiem czy helikopterem. Za sam parking trzeba zapłacić 50
dolców więc krew się leje z portfela no, ale jak mus to mus. Faktycznie, i w
samym fiordzie i na drodze do niego jest co oglądać więc chyba warto.
Milford Sound
Doubtful Sound
To jest ciekawa
alternatywa dla Milford Sound. Wycieczka polega na zboczeniu z trasy do Milford
Sound w Te Anau. Podjechaniu kilkunastu kilometrów do Manapouri. Tam wsiadamy
na pierwszy statek który wiezie nas do końca jeziora o tej samej nazwie. Czasem uda się tam zwiedzić wykutą w skałach niesamowitą elektrownię wodną a potem
autobusem przez przełęcz wiozą nas do fiordu właściwego no i tam znowu
stateczek do morskich bram fiordu, podziwianie wodospadów, fok na skałach,
czasem delfinów i tą samą drogą do domu.
Doubtful Sound
Większość turystów
w tym miejscu zaczyna wycofywać się na północ w kierunku Christchurch i odlotu
do domu ewentualnie jeszcze wracają na północ wzdłuż Alp aby podziwiać
zaskakująco niebieskie jeziora Pukaki i Tekapo i zbliżyć się jak najbardziej do najwyższego
szczytu Nowej Zelandii Mt Cook który po Maorysku zwie się Aoraki.
Lake Pukaki, nawet na mapach oznaczany jest ten intensywny kolor jego lodowcowych wód
Aoraki/Mt Cook
W ten
sposób standardowi turyści omijają cały Southland, Stewart Island i bardzo intersujące południowo wschodnie
wybrzeże gdzie naprawdę można się napatrzeć z bliska na foki, pingwiny i
albatrosy.
No ale po tych wszystkich pocztówkowych widokach i przy braku czasu
coś zwykle trzeba poświęcić.
Jeśli przybyli na
Południową Wyspę promem to po drodze na północ często wpadają przynajmniej do
Christchurch i do Kaikoury. W Christchurch jest chwila „odchamiania” i
podziwiania jak to poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi z 2011 roku miasto
staje na nogi.
W Kaikora z jakiegoś
powodu są najlepsze wody do podziwiania wielorybów w ich regularnych wędrówkach
morskich. Whale watching to chyba
największa atrakcja Kaikoury choć trochę innych ciekawych rzeczy też się tam
znajdzie.
Na Południowej
Wyspie są tysiące innych atrakcyjnych miejsc, wspaniałych górskich i nizinnych
szlaków, jezior, jaskiń, ciepłych źródeł, a i galerii czy muzeów, ale to nie dla
tych co wpadają tu jak po ogień.
Powoli będę
starał się przedstawiać w tym blogu te miejsca w Nowej Zelandii, które
zarezerwowane są dla bardziej wtajemniczonych.
Zapraszamy gorąco
a jak zechcecie dołączyć do ekskluzywnego klubu czytajcie kolejne odcinki,
które już niedługo.
Nowa Zelandia to
kraina wysp. Jest tych wysp w sumie ok 600 ale nie martwcie się, większość z
nich jest bezludna i stosunkowo niewielka.
Dwie główne wyspy, gdzie rozgrywa
się cała akcja to Wyspa Północna i Wyspa Południowa.
Wyspa Północna zwie się po
maorysku Te Ika a Maui czyli Ryba Maui-ego. Ci, którzy byli w
kinie na kreskówce Moana to wiedzą kto to był Maui. Wyspa Południowa zwana jest
po Maorysku Waipounamu czyli miejsce, gdzie w wodach rzek czy jezior (wai)
można znaleźć pounamu czyli nefryt, ceniony przez Maorysów kamień z którego
robią charakterystyczne ozdoby. Pewnie kupicie sobie na pamiątkę jakiś naszyjniczek.
Inna znacząca i zamieszkała wyspa to Stewart Island (Rakiura) jeszcze ciut na południe od
Południwej Wyspy. Mieszka tam kilkaset osób i dużo ptaków, fok, lwów morskich i
pingwinów. Mając trochę czasu warto się tam wybrać na kilka dni.
Kolejna zamieszkała
grupka wysp to Chatham Islands. 900km na wschód od Christchurch, wychłostane wiatrem
miejsce, również zamieszkałe przez kilkaset osób, wiele z nich będących potomkami
Moriori - jednych z oryginalnych ludów, którzy zasiedlali Nową Zelandię prawie
tysiąc lat temu. Donoszę z dumą, żę jesteśmy jednymi z niewielu mieszkańców
Nowej Zelandii, którzy odwiedzili Chatham Islands.
Poza tym jest
jeszcze kilka zamieszkałych wysp w okolicach Auckland i w Bay of Islands, które
są piękne i urokliwe, ale zasiedlone przez elity i niekoniecznie warte
zwiedzania – no może za wyjątkiem Waiheke Island koło Auckland, gdzie są
winnice i mieszkają majętni i Great Barier Island gdzie mieszkają
różni uciekinierzy od cywilizacji i ćmiący trawkę podstarzali hipisi.
Zwiedzanie całej Nowej
Zelandii wynajętym pojazdem oznacza, że na jakimś etapie będziecie musieli
przedostać się co najmniej z Wyspy Północnej na Wyspę Południową.
Tutaj macie dwie
opcje. Przeprawa promowa przez Cook Strait (Cieśninę Cooka) lub zmiana pojazdu,
przelot samolotem i odebranie innego pojazdu po drugiej stronie.
Promy w cieśninie
Cooka (między Wellington i Picton) kursują kilka razy dziennie i pasażerowie
bez pojazdów prawie zawsze mogą się na każdy rejs załapać, bo miejsca jest
sporo. Natomiast jeśli chcecie przewieźć campera czy samochód to trzeba jednak
rezerwować wcześnie, bo promy są mocno obłożone.
Przy dobrej
pogodzie rejs z Wellington to Picton trwa ok 4.5 godziny. Cieśnina Cooka to bardzo wietrzne miejsce i często trochę huśta. Jak macie problem z chorobą morską to warto wziąć sobie coś zawszasu, żeby bardzo nie cierpieć.
A gdybyście byli
ambitni i mieli czas aby wpaść na Stewart Island, to pojazd możecie zostawić na
parkingu przy promie w miejscowości Bluff i wsiąść na szybki catamaran, który
dowiezie Was na Stewart Island w niecałą godzine. Też huśta, czasem nawet mocniej niż w Cook Strait ale krócej.
Na wszystkie wyspy w okolicach Auckland pływają regularnie promy pasażerskie i
dostać się tam jest stosunkowo łatwo. Na najbardziej cywilizowanej Waiheke
Island jest lokalny obwoźny autobus typu hop-on hop-off, którym można sobie
wyspę zwiedzić a i napić się lokalnego winka nie musząc samemu prowadzić.
Wiecie już mniej
więcej jak sobie radzić z podstawową logistyką to teraz czas zastanowić się nad
marszrutą waszej wyprawy po Aotearoa.
Wspominałem już
wcześniej, że skoro już zdecydowaliście się wydać sporo kasy, aby się tutaj
dostać to warto iść za ciosem i przylecieć tu na jak najdłużej. W końcu na
drugi koniec świata nie lata się zbyt często a być może będzie to Wasza jedyna
wizyta na Antypodach.
Spotkałem się
również z takim myśleniem: „skoro już lecimy tak daleko to wpadniemy jeszcze do
Australii i na któreś z wysp Pacyfiku – może Fiji a może Tonga”. To jest bardzo
rozsądny pomysł oczywiście jeśli macie kilka miesięcy urlopu, dużo energii i
jeszcze więcej gotówki.
Australia to
kontynent wielkości USA i wpadanie tam na kilka dni jest oczywiście możliwe,
ale zbyt wiele z Australii w ten sposób nie zobaczcie – a jest tam co oglądać.
Natomiast Pacyfik
to ocean, który w zasadzie zajmuje prawie połowę powierzchni naszej planety i odległości
między wyspami są olbrzymie. Lot z Nowej Zelandii na najbliższe nam Fiji zabiera
3.5 godziny. Wszystko jest możliwe, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nasz
region to nie Karaiby czy Morze Śródziemne.
Wróćmy więc do
możliwych wersji marszruty po Nowej Zelandii. O Pacyfiku i Australii będę pisał
w przyszłości.
Zacznijmy więc od
mapy największych turystycznych atrakcji, czyli miejsc, dokąd wożona jest
większość turystów. Są to miejsca faktycznie warte zobaczenia, ale jak się
domyślacie są one również najbardziej zatłoczone i skomercjalizowane.
Na pierwszy ogień
Wyspa Północna. Zaczynamy od północnego czubka i jedziemy w dół.
Cape Reinga,
90 Miles Beach i wielkie wydmy.
Cape Reinga to
widowiskowy przylądek, gdzie spotykają się prądy i fale morskie z Morza Tasmana
i Pacyfiku. Każdy musi sobie zrobić tutaj selfie przed małą latarnią morską i
słupkiem z odległościami do wielu znanych miejsc na świecie.
Pomijając tłum Instagramowiczów
miejsce jest naprawdę urokliwe, z przepięknym skalisto-piaszczystym wybrzeżem.
Najlepiej jest trafić tam o świcie albo o zachodzie słońca, bo wtedy mniej tam ludzi
i widoki przecudne. Problem tylko taki, że to jakieś 90 km od najbliższej
miejscowości więc albo trzeba wyjechać po ciemku albo wracać po ciemku.
Większość ludzi i wycieczek pojawia się tam zatem w ciągu dnia i wtedy
najlepiej zejść trochę na bok wzdłuż pieszych szlaków które prowadzą wzdłuż
wybrzeża.
Wycieczkowicze
grupowi docierają tu zwykle autobusami lub mikrobusami asfaltową drogą, ale
można tu również dotrzeć wzdłuż 90 Miles Beach choć wymaga to samochodu
terenowego i czasowo ograniczone jest pływami morskimi. Taką wyprawę da się zamówić,
jeśli pojazd jaki wypożyczycie to zwykły samochód.
Na północnym
końcu 90 Miles Beach są wielkie wydmy jak na Saharze. To też obowiązkowy
przystanek turystyczny. Na miejscu można wypożyczyć mała deskę surfingową a na
niej pozjeżdżać sobie jak na sankach ze stromych wydm.
Bay of Islands
To jest prawdziwa
mekka żeglarska i wodniacka. Spory akwen usiany wieloma wyspami z setkami
urokliwych zatoczek i plaż.
To tutaj zrodziła się formalnie Nowa Zelandia. W
Waitangi jest muzeum w miejscu, gdzie podpisano układ z Maorysami, którzy
zgodzili się być poddanymi korony brytyjskiej. Paihia to centrum turystyczno/rozrywkowe.
Koniecznie trzeba wsiąść na niewielki prom pasażerski i popłynąć na drugą
stronę zatoki do Russell. Tutaj przez kilkanaście lat funkcjonowała pierwsza
stolica Nowej Zelandii. To bardzo sympatyczne miejsce warte wypicia kawy czy
zjedzenia lunchu w nadbrzeżnych kafejkach wśród starej, wiktoriańskiej
zabudowy.
Deptak w Russell
A w Opua jest jedna z najważniejszych żeglarskich marin, gdzie zawija
większość jachtów żeglujących dookoła świata, aby przeczekać okres cyklonów na
Południowym Pacyfiku czyli naszego lata.
Auckland
Najprawdopodobniej
właśnie stąd będziecie rozpoczynać swą wyprawę, bo większość międzynarodowych
lotów przybywa właśnie tutaj lub do Christchurch na Południowej Wyspie.
Auckland to
miasto tysięcy żagli. Zatoka Hauraki, olbrzymie mariny i okoliczne wyspy robią
wrażenie. Miasto, jak wiele miast nowego świata, nie powala, ale jeśli
zdecydujecie się na spędzenie czasu w Auckland to z pewnością warto wybrać się
do centrum, przejść się wzdłuż Queen Street między Aoetea Square a wybrzeżam,
zaliczyć knajpki w okolicach Viaduct Basin, pójść przez zwodzony most na spacer
w kierunku głównej mariny. Jeśli chcecie
spędzić tu więcej czasu to godne polecenia jest Auckland War Memorial Muzeum,
które ma bardzo ciekawe ekspozycje i położone jest w pięknym parku. Stąd już
tylko parę kroków do Parnell Rd gdzie w wiktoriańskich domkach znajdziecie
mnóstwo klimatycznych knajpek dobrych i na lunch i na wieczorny dinner. Jeśli
zasiedzicie się w Auckland jeszcze bardziej to przy Queen Street znajdziecie
przystań regionalnych promów, które szybko i nie tak drogo zawiozą Was na drugą
stronę do Devon Port który też warto zaliczyć a jeszcze lepiej wybrać się na kilkugodzinną
wyprawę na Waiheke Island, gdzie też jest ciekawie i znajdziecie tam pierwsze
winnice i probiernie win.
O Auckland można
by bardzo długo, bo to miasto, gdzie mieszka w tej chwili jedna trzecia
ludności całej Nowej Zelandii i prawie w każdej z rozrzuconych szeroko dzielnic
są jakieś atrakcje, plaże czy inne uciechy, ale moim zdaniem nie po to leci się
taki kawał drogi, żeby marnować czas na Auckland.
Półwysep
Coromandel
Tak jak wiele
zorganizowanych wycieczek omija wszystko na północ od Auckland tak też wiele z
nich omija ten piękny zakątek, ale jednak niektóre bardziej ambitne jakoś tam
docierają.
Coromandel to nie
bez powodu ulubione miejsce weekendowe mieszkańców Auckland. Bardzo urozmaicona
linia brzegowa z licznymi wyśmienitymi plażami poprzedzielanymi skalistymi
odcinkami, w centrum półwyspu morze zieleni, wodospady, rezerwaty przyrody. Wszystko
godne polecenia, szczególnie jeśli nastawiacie się na bardziej kampingowe
spędzanie czasu, byczenie się na plażach czy wyprawy wędkarskie lub nurkowe. Żelazne
punkty programu które powinno się zaliczyć to Cathedral Cove w Hahei Beach i
Hot Water Beach gdzie w pobliskim sklepiku można wynająć łopatkę i podczas
odpływu wykopać sobie na granicy fal grajdołek, który podchodzi cieplutką wodą
i ma się Jacuzzi za darmo aż przyjdzie przypływ i wszystko zabierze.
Hot Water Beach
Hobbiton
Ciągle popularne szczególnie
wśród fanów filmowej trylogii Tolkiena miejsce, które było oryginalnym planem
filmowym wioski Hobbitów. Jest w nim pewna magia, bo utrzymywane jest ciągle w
bardzo dobrym stanie a niedawno nawet wydano sporo pieniędzy i zbudowano pełną wersję
mieszkania Bilbo Bagginsa. Do tej pory okrągłe drzwi w stokach wzgórza prowadziły
do nikąd, bo wszystkie sceny z wnętrz oryginalnie filmowane były w studio
filmowym. Kiedy byliśmy w Hobbitonie pierwszy raz to po powrocie do domu
natychmiast obejrzeliśmy raz jeszcze film i śmialiśmy się, że teraz już możemy
spokojnie żyć w Shire.
Waitomo Caves
Jaskinie w
Waitomo to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Nowej Zelandii i
żelazny punkt programu większości wycieczek zorganizowanych. Jaskinie znane są
przede wszystkim z niezwykłych świetlików, które oświetlają wnętrza jaskiń. Poza
tym oferują niezapomniane wrażenia dzięki spektakularnym formacjom skalnym i
podziemnym rzekom po których turyści spławiani są łódkami. Warte obejrzenia głównie
ze względu na świetliki.
Rotorua
Dwie największe
atrakcje tego miasteczka to zjawiska geotermalne i kultura maoryska a wszystko
w scenerii pięknych jezior i wspaniałych lasów. To również żelazny punkt
programu turystów zorganizowanych, ale z pewnością wart polecenia także
turystom indywidualnym. Tu naprawdę warto zatrzymać się nawet na kilka dni, bo
pełno tu atrakcji dla wszystkich. Od spokojnego kontemplowania uroków jezior,
strumieni i lasów, odwiedziny w wiosce zasypanej jak Pompeje przez wulkan
Tarawera, wspaniałe szlaki dla rowerów górskich, pokazy rolnicze, spacery wokół
gejzerów i bulgocących błot termalnych, wreszcie zapoznawanie się z kulturą i
zwyczajami Maorysów włącznie z degustacją hangi, czyli jedzonka przygotowanego
w ich piecu ziemnym. Trochę za dużo tam komercji jak na mój gust, ale mimo
wszystko warte zaliczenia.
Taupo
To miejscowość
nad olbrzymim jeziorem o tej samej nazwie. Tutaj bierze początek największa
rzeka Nowej Zelandii zwana Waikato, która wpływa do morza w okolicach Auckland.
Cały szereg skalistych przełomów Waikato wykorzystano do stworzenia całej serii
hydro-elektrowni, ale pierwszy przełom tuż poniżej Taupo zwany Huka Falls warto
obejrzeć. Jest tu sporo innych atrakcji, ale to temat na później. Będąc na
głównym deptaku ciągnącym się wzdłuż wybrzeża jeziora przy dobrej pogodzie
widać wyraźnie sylwetki wspaniałych wulkanów wyrastających na południe od jeziora
Taupo.
Tongariro
National Park
Jedno z
najbardziej spektakularnych miejsc Północnej Wyspy. Trzy czynne wulkany robią
wrażenie. Najwyższy z nich to Mt Ruapehu przez większość roku jest ośnieżony i
są tam jedyne w miarę przyzwoite tereny narciarskie. To tutaj filmowano sceny z
Mordoru do Władcy Pierścieni (trochę to potem komputerowo podkręcono, ale jednak).
Można podziwiać z samochodu, ale polecam przejście się wieloma szlakami, z
których najbardziej oblegany jest Tongariro Alpine Crossing, wejście na który
trzeba w sezonie bukować. Dlaczego nazwano go Alpine tego nie wiem. To taki
kiwiski kompleks Europy chyba bo ani z Alpami, ani z alpinizmem nie ma nic
wspólnego. Powinien się nazywać Tongariro Mordor Crossing.
Mordor
Mt Taranaki
To kolejne
miejsce na zachodnim wybrzeżu Północnej Wyspy, które często jest omijane przez wycieczki
zorganizowane pędzące przez Nową Zelandię na złamanie karku. Prawie idealny
wulkaniczny stożek, przez większość część roku ośnieżony jak Mt Fuji w Japonii.
Okoliczne miasteczka mają swój klimat a sama góra ma sporo ciekawych
szlaków do połażenia, choć wyżej to już raczej wspinaczka dość ekstremalna.
Hawkes Bay
Po wschodniej
stronie Północnej Wyspy, jest inne miejsce, które bywa pomijane przez główną
gawiedź turystyczną – to Hawkes Bay, jedno z najcieplejszych i najbardziej
słonecznych miejsc w Nowej Zelandii. Dwa bliźniacze miasta Napier i Hastings są
warte zwiedzenia. Napier zostało poważnie zniszczone przez wielkie trzęsienie
ziemi w 1931 roku, po czym nastąpiła jego wielka odbudowa, a że wszystko działo
się w okresie Art Deco więc większość dzisiejszej zabudowy utrzymana jest w
tym stylu. Co roku w lutym odbywa się tu festiwal Art Deco i trzeba przyznać,
że robi on wrażenie, bo wszyscy ubierają się stylowo, po ulicach jeżdżą stare
samochody, wszędzie słychać charlestona i zabawa jest przednia. Dodać tu należy,
że Hawkes Bay jest wielkim zagłębiem winiarskim i sadowniczym i jest co
degustować.
Napier
Wellington
Wiadoma rzecz –
stolica. Choć jest o wiele mniejszy od Auckland jednak obecność ambasad i
centralnych urzędów sprawia, że kulturalnie Wellington raczej bije Auckland na
głowę. Jeśli zdecydujecie się na przejechanie samochodem czy kamperem całej Nowej
Zelandii to tutaj będziecie wjeżdżać na prom, który zabierze Was do Picton na
Południwej Wyspie. Warto spędzić w Wellington przynajmniej jeden dzień i
zaliczyć narodowe Muzeum Te Papa, przejść się wzdłuż starych nabrzeży portowych
zamienionych na ciekawy ciąg różnych atrakcji i dobrych knajp. Moim
subiektywnym zdaniem mimo częstych wiatrów Wellington jest bardzo sympatycznym
i atrakcyjnym miejscem.
Pośpiesznie donoszę, że właśnie Wasza podróż do Nowej Zelandii znowu podrożała. Rząd Jego Królewskiej Mości zdecydował, że od 1 października 2024 podatek turystyczny rośnie z obecnych 35 dolców do 100 dolców od łebka. Taką kwotę trzeba będzie dodać do kosztu NZeTA czyli New Zealand electronic Travel Authority, które musicie mieć zanim wyruszycie w podróż do naszego pięknego kraju.
Niezmiernie mi przykro, ale władze doszły do wniosku, że aby Was godnie przyjąć a przy tym skutecznie chronić przed Wami, ale i dla Was naszą przyrodę musicie za to nieco więcej zapłacić.
NB to jest opłata jednorazowa na cały czas ważności Waszej 3 miesięcznej wizy tutaj (no chyba, że przyjeżdżacie na Brytyjskim paszporcie to wizę macie na 6 miesięcy). Nie będziecie musieli tego podatku płacić tylko jeśli przyjeżdżacie na paszporcie australijskim lub jednego z krajów wyspiarskich Pacyfiku.
Nie po to jeździ
się w odległe kraje, żeby odżywiać się tam kanapką z serem i jajkiem na twardo.
Po pierwsze warto a po drugie czasem nie ma innego wyjścia i trzeba coś zjeść „na
mieście”.
W Nowej Zelandii mamy spory wybór, bo ulice miast i miasteczek usiane są wszelkiego
rodzaju miejscami z jadłem. No nie jest to tak, jak w Bangkoku czy Hong Kongu ale z głodu się nie umrze.
Z wielkich
sieciówek fastfoodowych najliczniejsze to McDonalds, KFC, Burger King i Subway.
Jest jeszcze parę innych mniej znanych w Europie, ale wszystkie mniej więcej na
to samo kopyto. Jest Pizza Hut i Dominion Pizza i sporo innych pizzerii –
większość z nich działa jednak głównie na wynos. Sieciówki mają jedną zaletę a mianowicie długie godziny otwarcia, czasem nawet całą dobę.
Następny szczebel
to jadłodajnie etniczne. Znajdziecie ich wszędzie sporo, głównie hinduskich,
chińskich, tajskich i generalnie azjatyckich - czasem trafi się kebab.
Z reguły są to niewielkie knajpki z trzema
stolikami na krzyż, nastawione głównie na serwowanie żarcia na wynos. Niestety minęły
już te czasy, gdy można tam było na przykład dostać chińszczyznę smażoną w woku specjalnie dla ciebie na poczekaniu. Teraz wszystko jest już wcześniej zrobione i serwowane z
podgrzewaczy, czyli niestety ogólnoświatowy standard etnicznego fast-foodu.
Znajdziecie tu również sporo sushi barów, które jednak są bardzo specyficzne. Niewiele w nich prawdziwych i surowych owoców
morza a więcej różnych amerykańskich wymysłów pełnych serków, majonezów,
kurczaków i innych dupereli. No ale coś tam da się wybrać.
Tutaj bardzo ważna uwaga na
temat godzin otwarcia. Większość tych mniejszych knajpek działa na zasadzie lunch
barów, czyli otwarte są głównie od 11-tej do 15-tej. Tylko niektóre działają do
wieczora. Ogólnie uważajcie na porę lunchu, bo jak ją przegapicie, to potem
ciężko jest coś znaleźć aż do powiedzmy 17-tej kiedy to otwierają się
restauracje.
Wróćmy jednak
jeszcze do lunch barów – tych lokalnych, nie etnicznych. Te zwykle są tu
nazywane Cafe lub Bakery i wszystkie są podobne. Na wejściu wielka lada chłodnicza z
gotowymi kanapkami, sałatkami, quichami i wszelkiego rodzaju gotowymi wyrobami
kuchni anglosaskiej, które się wybiera i prosi o podgrzanie lub nie. A na
ścianie wielkie menu z kilkoma gorącymi potrawami typu zupa dnia, fish and
chips, egg benedict, burger z frytkami etc. Zamawiamy co chcemy przy ladzie, płacimy i z reguły
dostajemy numerek na patyku do postawienia na stoliku, po którym personel pozna komu co przynieść.
I jeszcze raz UWAGA,
UWAGA, absolutna większość tych Cafe operuje tylko w porze południowej. Jeśli
wejdziecie tam koło 15-tej zastaniecie już krzesełka do góry nogami na
stolikach.
Mimo wszystko
polecam Cafe, bo przecież nie można wyjechać z Nowej Zelandii bez
zaliczenia lokalnych specjałów jak sausage roll, steak pie, sausage with baked
beans a na deser pavlovej. To tak jak chrzest żeglarski przy przekraczaniu
równika – mieszane uczucia, ale przeżycie niezapomniane.
gorący pie
pyszny sausage roll
sausge z fasolką - pycha
Troszkę tu sobie
dworuję, ale we wszystkich wspomnianych miejscach da się dobrze zjeść. Podobno
nawet w McDonalds jest to do osiągnięcia choć mi się jeszcze nie udało. Zawsze wydaje mi się, że smak tych miękkich buł z podejrzanym nadzieniem niczym się nie różni od smaku tego kartonika, w którym tę bułę serwują.
No to dobrnęliśmy
do wieczora i teraz dopiero otwierają się restauracje. W małych miasteczkach
może nie być ich zbyt wiele, ale z reguły kilka jest. W większych
miastach i miejscowościach mocno turystycznych jest ich sporo. Te najlepsze są
z reguły mocno oblegane i często bez rezerwacji ciężko będzie znaleźć w nich
miejsce. Wybór jest spory: włoskie, azjatyckie, francuskie, ogólno-europejskie,
amerykańskie tylko polskich niewiele.
Tutaj należy wspomnieć również o pubach, które istnieją w prawie każdym miasteczku i
niektóre są jak żywcem wyjęte z Wysp Brytyjskich włącznie z pubami irlandzkimi.
Są to z reguły najbardziej klimatyczne miejsca z tradycyjnym wystrojem, piwem z
beczki, tradycyjnym brytyjskim żarciem i swojską atmosferą. Wizytę w pubie też
należy zaliczyć, jeśli ktoś nigdy nie był.
O cenach
wspomniałem już w innym wpisie ale ogólnie dania do najedzenia się w lunch
barach, fastfoodach i barach etnicznych to ok NZ$10-20 na twarz. W
restauracjach i pubach to ok NZ$20-35 na twarz no chyba, że ktoś zamawia
langusty, ostrygi i kawior to wtedy nieco więcej. Drinki extra, ale uwaga,
uwaga: w zasadzie wszędzie i w tanich lunch barach jak i w drogich restauracjach
zwykła, schłodzona woda z kranu jest do woli i za darmo. Czasem zaproponują wam
Perriera czy inną butelkową za poważną kasę, ale można grzecznie podziękować i
poprosić o dzbanek zwykłej wody – za friko. Czasem będzie lecieć nieco kranówą ale jest bezpieczna.
Ogólnie mówiąc, tak jak wszędzie na świecie, im bardziej turystyczne miejsce tym drożej, ale to podkręcanie cen nie jest tak drastyczne jak na Krupówkach czy przy Monciaku w Sopocie.
Warto jeszcze wspomnieć, że całkiem znośne rzeczy na wynos można kupić przy delikatesowych ladach w supermarketach. Cały gorący pieczony kurczak plus trochę jakiś gotowych sałatek zabrane na wynos i spożyte przy stoliczku w parku czy na plaży i możecie mieć niezły obiad dla czterech osób za $25.