Polecany post

Jak podróżować po Nowej Zelandii

 Nie ma co ukrywać - wycieczka do Nowej Zelandii zawsze była pioruńsko droga, a teraz po pandemii na razie jest jeszcze droższa. To takie us...

06 stycznia 2026

Cape Reinga dla wtajemniczonych

Po wstępnych informacjach jakie zamieściłem w poprzednich postach czas na start bloga z prawdziwego zdarzenia!  Nazwałem go „Przewodnik subiektywny” dlatego, że chciałem w nim przedstawiać moje ulubione zakamarki Nowej Zelandii. Takie miejsca, do których rzadko docierają standardowe wycieczki i turyści wpadający tu na kilka chwil. Wręcz przeciwnie, to zakątki, w których można pogrzebać w historii, poznać lokalne obyczaje, podpatrzeć życie mieszkańców, zrozumieć niuanse przyrody, klimatu i naturalnego środowiska tego kraju. Wiele z tych miejsc jest to tajemnice znane tylko wśród "lokalsów" i sporo rodowitych Nowozelandczyków z innych regionów też o nich nie wie.  

Gotowi na przygodę poza utartym szlakiem? No to ruszamy. Tak jak poprzednio zacznijmy więc od Dalekiej Północy.

Okolice Cape Reinga

Wspominałem już wcześniej, że to miejsce jest nie tylko urokliwe, ale i pełne maoryskich legend – serio, można tu poczuć się jak w środku opowieści z innego świata!


Jeśli już zdecydujecie się tam wybrać, to koniecznie ruszcie z parkingu razem z innymi i przejdźcie się tą „uroczą” asfaltową ścieżką do latarni morskiej. Przy latarni, w oddali, na wysuniętym skalnym cypelku, wypatrujcie małego drzewka przyklejonego do skały – to właśnie Te Aroha. 

Te Aroha

Wygląda niepozornie, choć to pohutukawa, czyli tutejsze „Christmas Tree”. Nazwa nieprzypadkowa – co roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, te wielkie nadmorskie drzewa stroją się w piękne, czerwone kwiaty. Ale uwaga, to konkretne drzewko jest wyjątkowe – ponoć rośnie tu już od ośmiuset lat i przez ten czas zakwitło tylko raz! Według Maorysów to nie byle jakie drzewko, ale prawdziwy portal między światem żywych i umarłych. Dusze zmarłych Maorysów zjeżdżają po jego korzeniach prosto do oceanu, gdzie czekają na nich wrota do zaświatów. W języku maoryskim, jeśli ktoś „zsunął się po korzeniach pohutukawy”, to znaczy, że odszedł z tego świata – poetycko, prawda?


Po drodze do latarni, możecie poczytać na specjalnych tablicach o innych maoryskich wierzeniach związanych z tym miejscem – niektóre są naprawdę warte zadumy (albo przynajmniej chwili przerwy na złapanie oddechu).


Latarnia na Cape Reinga


Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen

Gdy już wypatrzycie to legendarne drzewko, zrobicie obowiązkowe zdjęcia pod latarnią i napatrzycie się na spektakularne, walczące ze sobą fale dwóch oceanów, polecam szybki odwrót w górę. Po około trzystu metrach, po prawej stronie, znajdziecie tablicę rozpoczynającą szlak do Te Werahi Beach i Cape Maria Van Diemen. Jest spora szansa, że na tym szlaku nie spotkacie żywej duszy, a na końcu czeka na was dzika plaża i fale Morza Tasmana, które naprawdę robią wrażenie. 

Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen

Idealne miejsce na chwilę samotności i refleksji – z dala od tłumu turystów, którzy zostali pod latarnią. Kąpieli nie polecam, bo Tasman jest naprawdę nieobliczalny a na ratowników tutaj nie ma co liczyć.

Taputaputa Beach

Moje drugie ulubione miejsce w tej okolicy to Taputaputa Beach. Tutaj uwaga: do niedawna ta plaża i zatoka zwane były Tapotupotu, tak więc na mapach i w przewodnikach ciągle ta poprzednia nazwa może funkcjonować. Lokalni Maorysi stwierdzili, że w nazewnictwie znowu biali (pakeha) coś przekręcili i twierdzą, że to powrót do właściwej, tradycyjnej nazwy. Mnie tam wszystko jedno. Ważne, że miejscówka zwala z nóg.

Taputaputa Beach

Aby się tam dostać, w drodze powrotnej od parkingu przy Cape Reinga, po około 2 km wypatrujcie dość dobrze oznakowanego odejścia szutrowej drogi w lewo. Na dół do plaży macie ok 2 km. Wolniutko proszę i uważać na zakrętach, bo wąsko, kręto i na kamyczkach trochę nosi. Po chwili wyłoni się widok na cudowną zatokę i plażę. Nad plażą jest sporo miejsc piknikowych ze stolikami i toaletami. W głębi jest pole campingowe DOC-u. Więc jeśli jesteście kamperem lub z namiotem to polecam to miejsce gorąco. Rezerwacje on line na stronie https://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/places-to-stay/stay-at-a-campsite/ Jeśli nie pokazuje się w drop down menu to idźcie do mapy i znajdźcie to na mapie. DOC nie jest perfekcyjny.

Koszt aktualnie $32 za miejsce na dwie osoby. Jest tam woda, ale raczej niezdatna do picia, toalety, jest nawet zimny prysznic natomiast brak prądu. W szczycie sezonu, czyli okolicach Świąt i Sylwestra będzie tam trochę tłoczno, ale poza tym okresem jest luz.

Niedługo pojedziemy dalej na południe.

Na razie.

 

 

23 marca 2025

New Zealand Mainland czyli Wyspa Południowa – standardowe atrakcje turystyczne


Pewnie już po tytule zorientowaliście się, że w Nowej Zelandii istnieje pewien lokalny patriotyzm. Mieszkańcy każdej z wysp mają swoje preferencje co do miejsca zamieszkania, a największa rywalizacja jest między dwiema największymi, czyli Północną i Południową. Prawda jest taka, że na Północnej, żyje prawie 4 miliony mieszkańców a na Południowej 1,2 miliona. No, ale mieszkańcy Wyspy Południowej ciągle nazywają swoją Mainland, bo obszarowo jest nieco większa. Takie braterskie przekomarzanie jak między Ślązakami i Zagłębiokami. A na Stewart Island, tej najmniejszej wysepce jeszcze bardziej na południe, jest jeszcze śmieszniej. Widzieliśmy tam znak mówiący „Muszę pewnego dnia wybrać się do Nowej Zelandii. Podpisano: mieszkaniec Stewart Island”.


Czyli każda pliszka swój ogonek chwali.

Tak więc jak wiecie cała Nowa Zelandia jest raczej pustawa ( bo to ledwie 5.3 mln ludzi na powierzchni porównywalnej z Polską) a Wyspa Południowa jest jeszcze cztery razy bardziej pusta niż Północna. Nic dziwnego, bo przez prawie całą jej długość biegną bardzo wysokie góry, a i klimat jest tam bardziej ostry. Natomiast pocztówkowych widoków i turystycznych atrakcji jest tu jeszcze więcej.


Przeważająca większość turystów wpada do Nowej Zelandii jak po ogień i dla nich żelazne punkty „zwiedzalnicze” na Południowej Wyspie są następujące.

Punakaiki czyli Pancake Rocks

Widowiskowa formacja skalna nad Morzem Tasmana gdzie warstwowe skały wyglądają faktycznie jak warstwy naleśników. Z reguły olbrzymie fale Tasmana rozbijają się o nie tworząc dramatyczne spienione widowisko. Faktycznie ciekawe.




Jedziemy na południe wzdłuż zachodniego wybrzeża. Następny żelazny punkt to doliny dwóch największych lodowców.

Franz Josef Glacier  i Fox Glacier

Te dwie niewielkie acz pełne hoteli miejscowości rozłożyły się u wejścia do dolin, którymi spływają owe dwa lodowce. Kiedyś schodziły one prawie do morza a dziś trzeba dość daleko iść w góry, żeby je dostrzec, a jak się chce je pomacać to niestety trzeba wynająć helikopter. Ocieplenie klimatu w całej okazałości

Fox Glacier w oddali

Najbliżej jak tylko można dojść do Fox Glacier
Jeszcze kilkanaście lat temu dochodził do miejsca, z którego robiłem tę fotkę

A tam w oddali jest czoło lodowca Franz Josef.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych był tu za drzewami, na wyciągnięcie ręki. 

Dalej zaliczanie standardów Nowej Zelandii prowadzi niezwykle widowiskową drogą przez Przełęcz Haast przecinającą Alpy Południowe i spadającą wzdłuż dwóch górskich jezior Wanaka i Hewea w kierunku mekki turystycznej, czyli Queenstown.

Queenstown i okolice

Queenstown to jedno z najdroższych i najbardziej obleganych turystycznie miejsc w Nowej Zelandii. Położone jest przecudnie nad wielkim górskim jeziorem Wakatipu, widoki wokół naprawdę zapierają dech w piersiach a atrakcji turystycznych i pompujących adrenalinę wariactw jest tu co niemiara.

Queenstown

Wszystko to kosztuje, ale warto spróbować. 

To tutaj właśnie, na starym moście nad rzeką Kawarau rozpoczęło się pierwsze komercyjne skakanie na bungee.


Tutaj również rozpoczęto na wielką skalę wożenie turystów po górskich rzekach superszybkimi łodziami napędzanymi turbinami strumieniowymi, które note bene zostały wymyślone również w Nowej Zelandii przez gentlemana o nazwisku Hamilton. Do dziś ten napęd pozwalający łodziom nieomalże ślizgać się po kamieniach płytkich kamienistych rzek zwie się Hamilton Jet Propulsion.


Poza tym jest tu jeszcze dziesiątki innych tortur psychiczno-cielesnych od zwykłego raftingu, latania na lotniach, skoków spadochronowych i przemieszczania się w przestrzeni wszelkimi możliwymi konstrukcjami powodującymi sraczkę i omdlenia. Zimą natomiast jest to największy ośrodek sportów zimowych, jako jedyny w Nowej Zelandii z lekka porównujący się do ośrodków europejskich. Powtarzam – z lekka.

Remarkables 

Dla turystów stateczniejszych jest tu też sporo atrakcji: niezliczone i bardzo widowiskowe trasy piesze, rowerowe a nawet konne. Będąc w tej okolicy większość zalicza dzień w Arrowtown, bardzo przytulnym starym miasteczku z epoki lokalnej gorączki złota. 

Arrowtown

Obowiązkowa jest też wycieczka do Glenorchy, leżącej na drugim końcu jeziora wioski pasterskiej, najlepiej jest to zrobić na pokładzie pięknie utrzymywanego prawdziwego parowca TSS Ernslaw ale można tam też dotrzeć drogą.

TSS Ernslaw

Z Queenstown organizowane są również niezliczone wycieczki do następnych wielkich atrakcji turystycznych znajdujących się w przecudnej krainie zwanej Fiordland.

Tutaj kilka słów wyjaśnienia zawiłych angielskich terminologii w wydaniu nowozelandzkim. Ktoś kiedyś nazwał tę krainę Fiordland i słusznie, bo pełna jest ona przepięknych fiordów jak w Norwegii. Jednak niedouczeni osadnicy większość z nich nazwali „soundami”. No i dyskusja co do tego kto ma rację trwa do dzisiaj.

Geografowie twierdzą, że fiord to zalana morzem dolina lodowca a sound to zalana morzem dolina rzeki. Ponieważ spod lodowca zawsze wypływa rzeka więc dla mnie ta definicja jest nieco do bani. Wg mnie większość „soundów” na świecie to faktycznie zalane doliny rzek, ale już z dala od gór więc „soundy” są szerokie i z brzegami bardziej płaskimi. A gdy góry z lodowcami są blisko morza i zostają zalane to tworzą się fiordy, które mają strome zbocza i są zwykle wąskie. A więc w Fiordland są fiordy i tylko przypadkowo zostały nazwane soundami. Jak ktoś to pojął to może czytać dalej. Jak nie to proszę czytać jeszcze raz.

Milford Sound

Najpopularniejszy fiord w Nowej Zelandii. Obfotografowany do znudzenia. 

Milford Sound

Spory kawałek z Queenstown trzeba przejechać, aby się tam dostać, ale faktycznie warto, mimo, że kocioł tam straszny. Główna atrakcja to wycieczka statkiem po fiordzie, ale można też samolotem, kajakiem czy helikopterem. Za sam parking trzeba zapłacić 50 dolców więc krew się leje z portfela no, ale jak mus to mus. Faktycznie, i w samym fiordzie i na drodze do niego jest co oglądać więc chyba warto.

Milford Sound

 

Doubtful Sound

To jest ciekawa alternatywa dla Milford Sound. Wycieczka polega na zboczeniu z trasy do Milford Sound w Te Anau. Podjechaniu kilkunastu kilometrów do Manapouri. Tam wsiadamy na pierwszy statek który wiezie nas do końca jeziora o tej samej nazwie. Czasem uda się tam zwiedzić wykutą w skałach niesamowitą elektrownię wodną a potem autobusem przez przełęcz wiozą nas do fiordu właściwego no i tam znowu stateczek do morskich bram fiordu, podziwianie wodospadów, fok na skałach, czasem delfinów i tą samą drogą do domu.

Doubtful Sound

Większość turystów w tym miejscu zaczyna wycofywać się na północ w kierunku Christchurch i odlotu do domu ewentualnie jeszcze wracają na północ wzdłuż Alp aby podziwiać zaskakująco niebieskie jeziora Pukaki i Tekapo  i zbliżyć się jak najbardziej do najwyższego szczytu Nowej Zelandii Mt Cook który po Maorysku zwie się Aoraki.

Lake Pukaki, nawet na mapach oznaczany jest ten intensywny kolor jego lodowcowych wód

 
Aoraki/Mt Cook

W ten sposób standardowi turyści omijają cały Southland, Stewart Island i bardzo intersujące południowo wschodnie wybrzeże gdzie naprawdę można się napatrzeć z bliska na foki, pingwiny i albatrosy. 





No ale po tych wszystkich pocztówkowych widokach i przy braku czasu coś zwykle trzeba poświęcić.

Jeśli przybyli na Południową Wyspę promem to po drodze na północ często wpadają przynajmniej do Christchurch i do Kaikoury. W Christchurch jest chwila „odchamiania” i podziwiania jak to poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi z 2011 roku miasto staje na nogi.  

W Kaikora z jakiegoś powodu są najlepsze wody do podziwiania wielorybów w ich regularnych wędrówkach morskich.  Whale watching to chyba największa atrakcja Kaikoury choć trochę innych ciekawych rzeczy też się tam znajdzie.



Na Południowej Wyspie są tysiące innych atrakcyjnych miejsc, wspaniałych górskich i nizinnych szlaków, jezior, jaskiń, ciepłych źródeł, a i galerii czy muzeów, ale to nie dla tych co wpadają tu jak po ogień.

Powoli będę starał się przedstawiać w tym blogu te miejsca w Nowej Zelandii, które zarezerwowane są dla bardziej wtajemniczonych.

Zapraszamy gorąco a jak zechcecie dołączyć do ekskluzywnego klubu czytajcie kolejne odcinki, które już niedługo.

 

 

 

13 listopada 2024

Wyspiarskie życie


Nowa Zelandia to kraina wysp. Jest tych wysp w sumie ok 600 ale nie martwcie się, większość z nich jest bezludna i stosunkowo niewielka. 



Dwie główne wyspy, gdzie rozgrywa się cała akcja to Wyspa Północna i Wyspa Południowa. 

Wyspa Północna zwie się po maorysku Te Ika a Maui czyli Ryba Maui-ego. Ci, którzy byli w kinie na kreskówce Moana to wiedzą kto to był Maui. Wyspa Południowa zwana jest po Maorysku Waipounamu czyli miejsce, gdzie w wodach rzek czy jezior (wai) można znaleźć pounamu czyli nefryt, ceniony przez Maorysów kamień z którego robią charakterystyczne ozdoby. Pewnie kupicie sobie na pamiątkę jakiś naszyjniczek. 

Inna znacząca i zamieszkała wyspa to Stewart Island (Rakiura) jeszcze ciut na południe od Południwej Wyspy. Mieszka tam kilkaset osób i dużo ptaków, fok, lwów morskich i pingwinów. Mając trochę czasu warto się tam wybrać na kilka dni.

Kolejna zamieszkała grupka wysp to Chatham Islands. 900km na wschód od Christchurch, wychłostane wiatrem miejsce, również zamieszkałe przez kilkaset osób, wiele z nich będących potomkami Moriori - jednych z oryginalnych ludów, którzy zasiedlali Nową Zelandię prawie tysiąc lat temu. Donoszę z dumą, żę jesteśmy jednymi z niewielu mieszkańców Nowej Zelandii, którzy odwiedzili Chatham Islands.

Poza tym jest jeszcze kilka zamieszkałych wysp w okolicach Auckland i w Bay of Islands, które są piękne i urokliwe, ale zasiedlone przez elity i niekoniecznie warte zwiedzania – no może za wyjątkiem Waiheke Island koło Auckland, gdzie są winnice i mieszkają majętni i Great Barier Island gdzie mieszkają różni uciekinierzy od cywilizacji i ćmiący trawkę podstarzali hipisi.


Zwiedzanie całej Nowej Zelandii wynajętym pojazdem oznacza, że na jakimś etapie będziecie musieli przedostać się co najmniej z Wyspy Północnej na Wyspę Południową.

Tutaj macie dwie opcje. Przeprawa promowa przez Cook Strait (Cieśninę Cooka) lub zmiana pojazdu, przelot samolotem i odebranie innego pojazdu po drugiej stronie.

Promy w cieśninie Cooka (między Wellington i Picton) kursują kilka razy dziennie i pasażerowie bez pojazdów prawie zawsze mogą się na każdy rejs załapać, bo miejsca jest sporo. Natomiast jeśli chcecie przewieźć campera czy samochód to trzeba jednak rezerwować wcześnie, bo promy są mocno obłożone.

Przy dobrej pogodzie rejs z Wellington to Picton trwa ok 4.5 godziny. Cieśnina Cooka to bardzo wietrzne miejsce i często trochę huśta. Jak macie problem z chorobą morską to warto wziąć sobie coś zawszasu, żeby bardzo nie cierpieć. 

A gdybyście byli ambitni i mieli czas aby wpaść na Stewart Island, to pojazd możecie zostawić na parkingu przy promie w miejscowości Bluff i wsiąść na szybki catamaran, który dowiezie Was na Stewart Island w niecałą godzine. Też huśta, czasem nawet mocniej niż w Cook Strait ale krócej. 

Na wszystkie wyspy w okolicach Auckland pływają regularnie promy pasażerskie i dostać się tam jest stosunkowo łatwo. Na najbardziej cywilizowanej Waiheke Island jest lokalny obwoźny autobus typu hop-on hop-off, którym można sobie wyspę zwiedzić a i napić się lokalnego winka nie musząc samemu prowadzić. 

12 października 2024

Standardowe atrakcje Północnej Wyspy - czyli tam, gdzie wszyscy jeżdżą


Wiecie już mniej więcej jak sobie radzić z podstawową logistyką to teraz czas zastanowić się nad marszrutą waszej wyprawy po Aotearoa.

Wspominałem już wcześniej, że skoro już zdecydowaliście się wydać sporo kasy, aby się tutaj dostać to warto iść za ciosem i przylecieć tu na jak najdłużej. W końcu na drugi koniec świata nie lata się zbyt często a być może będzie to Wasza jedyna wizyta na Antypodach.

Spotkałem się również z takim myśleniem: „skoro już lecimy tak daleko to wpadniemy jeszcze do Australii i na któreś z wysp Pacyfiku – może Fiji a może Tonga”. To jest bardzo rozsądny pomysł oczywiście jeśli macie kilka miesięcy urlopu, dużo energii i jeszcze więcej gotówki.

Australia to kontynent wielkości USA i wpadanie tam na kilka dni jest oczywiście możliwe, ale zbyt wiele z Australii w ten sposób nie zobaczcie – a jest tam co oglądać.

Natomiast Pacyfik to ocean, który w zasadzie zajmuje prawie połowę powierzchni naszej planety i odległości między wyspami są olbrzymie. Lot z Nowej Zelandii na najbliższe nam Fiji zabiera 3.5 godziny. Wszystko jest możliwe, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nasz region to nie Karaiby czy Morze Śródziemne.

Wróćmy więc do możliwych wersji marszruty po Nowej Zelandii. O Pacyfiku i Australii będę pisał w przyszłości.

Zacznijmy więc od mapy największych turystycznych atrakcji, czyli miejsc, dokąd wożona jest większość turystów. Są to miejsca faktycznie warte zobaczenia, ale jak się domyślacie są one również najbardziej zatłoczone i skomercjalizowane.

Na pierwszy ogień Wyspa Północna. Zaczynamy od północnego czubka i jedziemy w dół.




Cape Reinga, 90 Miles Beach i wielkie wydmy.

Cape Reinga to widowiskowy przylądek, gdzie spotykają się prądy i fale morskie z Morza Tasmana i Pacyfiku. Każdy musi sobie zrobić tutaj selfie przed małą latarnią morską i słupkiem z odległościami do wielu znanych miejsc na świecie.



Pomijając tłum Instagramowiczów miejsce jest naprawdę urokliwe, z przepięknym skalisto-piaszczystym wybrzeżem. Najlepiej jest trafić tam o świcie albo o zachodzie słońca, bo wtedy mniej tam ludzi i widoki przecudne. Problem tylko taki, że to jakieś 90 km od najbliższej miejscowości więc albo trzeba wyjechać po ciemku albo wracać po ciemku. Większość ludzi i wycieczek pojawia się tam zatem w ciągu dnia i wtedy najlepiej zejść trochę na bok wzdłuż pieszych szlaków które prowadzą wzdłuż wybrzeża.

Wycieczkowicze grupowi docierają tu zwykle autobusami lub mikrobusami asfaltową drogą, ale można tu również dotrzeć wzdłuż 90 Miles Beach choć wymaga to samochodu terenowego i czasowo ograniczone jest pływami morskimi. Taką wyprawę da się zamówić, jeśli pojazd jaki wypożyczycie to zwykły samochód.

Na północnym końcu 90 Miles Beach są wielkie wydmy jak na Saharze. To też obowiązkowy przystanek turystyczny. Na miejscu można wypożyczyć mała deskę surfingową a na niej pozjeżdżać sobie jak na sankach ze stromych wydm.



Bay of Islands

To jest prawdziwa mekka żeglarska i wodniacka. Spory akwen usiany wieloma wyspami z setkami urokliwych zatoczek i plaż. 



To tutaj zrodziła się formalnie Nowa Zelandia. W Waitangi jest muzeum w miejscu, gdzie podpisano układ z Maorysami, którzy zgodzili się być poddanymi korony brytyjskiej. Paihia to centrum turystyczno/rozrywkowe. Koniecznie trzeba wsiąść na niewielki prom pasażerski i popłynąć na drugą stronę zatoki do Russell. Tutaj przez kilkanaście lat funkcjonowała pierwsza stolica Nowej Zelandii. To bardzo sympatyczne miejsce warte wypicia kawy czy zjedzenia lunchu w nadbrzeżnych kafejkach wśród starej, wiktoriańskiej zabudowy. 

Deptak w Russell

A w Opua jest jedna z najważniejszych żeglarskich marin, gdzie zawija większość jachtów żeglujących dookoła świata, aby przeczekać okres cyklonów na Południowym Pacyfiku czyli naszego lata.


Auckland

Najprawdopodobniej właśnie stąd będziecie rozpoczynać swą wyprawę, bo większość międzynarodowych lotów przybywa właśnie tutaj lub do Christchurch na Południowej Wyspie.

Auckland to miasto tysięcy żagli. Zatoka Hauraki, olbrzymie mariny i okoliczne wyspy robią wrażenie. Miasto, jak wiele miast nowego świata, nie powala, ale jeśli zdecydujecie się na spędzenie czasu w Auckland to z pewnością warto wybrać się do centrum, przejść się wzdłuż Queen Street między Aoetea Square a wybrzeżam, zaliczyć knajpki w okolicach Viaduct Basin, pójść przez zwodzony most na spacer w kierunku głównej mariny.  Jeśli chcecie spędzić tu więcej czasu to godne polecenia jest Auckland War Memorial Muzeum, które ma bardzo ciekawe ekspozycje i położone jest w pięknym parku. Stąd już tylko parę kroków do Parnell Rd gdzie w wiktoriańskich domkach znajdziecie mnóstwo klimatycznych knajpek dobrych i na lunch i na wieczorny dinner. Jeśli zasiedzicie się w Auckland jeszcze bardziej to przy Queen Street znajdziecie przystań regionalnych promów, które szybko i nie tak drogo zawiozą Was na drugą stronę do Devon Port który też warto zaliczyć a jeszcze lepiej wybrać się na kilkugodzinną wyprawę na Waiheke Island, gdzie też jest ciekawie i znajdziecie tam pierwsze winnice i probiernie win.



O Auckland można by bardzo długo, bo to miasto, gdzie mieszka w tej chwili jedna trzecia ludności całej Nowej Zelandii i prawie w każdej z rozrzuconych szeroko dzielnic są jakieś atrakcje, plaże czy inne uciechy, ale moim zdaniem nie po to leci się taki kawał drogi, żeby marnować czas na Auckland.

Półwysep Coromandel

Tak jak wiele zorganizowanych wycieczek omija wszystko na północ od Auckland tak też wiele z nich omija ten piękny zakątek, ale jednak niektóre bardziej ambitne jakoś tam docierają.

Coromandel to nie bez powodu ulubione miejsce weekendowe mieszkańców Auckland. Bardzo urozmaicona linia brzegowa z licznymi wyśmienitymi plażami poprzedzielanymi skalistymi odcinkami, w centrum półwyspu morze zieleni, wodospady, rezerwaty przyrody. Wszystko godne polecenia, szczególnie jeśli nastawiacie się na bardziej kampingowe spędzanie czasu, byczenie się na plażach czy wyprawy wędkarskie lub nurkowe. Żelazne punkty programu które powinno się zaliczyć to Cathedral Cove w Hahei Beach i Hot Water Beach gdzie w pobliskim sklepiku można wynająć łopatkę i podczas odpływu wykopać sobie na granicy fal grajdołek, który podchodzi cieplutką wodą i ma się Jacuzzi za darmo aż przyjdzie przypływ i wszystko zabierze.


Hot Water Beach

Hobbiton

Ciągle popularne szczególnie wśród fanów filmowej trylogii Tolkiena miejsce, które było oryginalnym planem filmowym wioski Hobbitów. Jest w nim pewna magia, bo utrzymywane jest ciągle w bardzo dobrym stanie a niedawno nawet wydano sporo pieniędzy i zbudowano pełną wersję mieszkania Bilbo Bagginsa. Do tej pory okrągłe drzwi w stokach wzgórza prowadziły do nikąd, bo wszystkie sceny z wnętrz oryginalnie filmowane były w studio filmowym. Kiedy byliśmy w Hobbitonie pierwszy raz to po powrocie do domu natychmiast obejrzeliśmy raz jeszcze film i śmialiśmy się, że teraz już możemy spokojnie żyć w Shire.



Waitomo Caves

Jaskinie w Waitomo to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Nowej Zelandii i żelazny punkt programu większości wycieczek zorganizowanych. Jaskinie znane są przede wszystkim z niezwykłych świetlików, które oświetlają wnętrza jaskiń. Poza tym oferują niezapomniane wrażenia dzięki spektakularnym formacjom skalnym i podziemnym rzekom po których turyści spławiani są łódkami. Warte obejrzenia głównie ze względu na świetliki.



Rotorua

Dwie największe atrakcje tego miasteczka to zjawiska geotermalne i kultura maoryska a wszystko w scenerii pięknych jezior i wspaniałych lasów. To również żelazny punkt programu turystów zorganizowanych, ale z pewnością wart polecenia także turystom indywidualnym. Tu naprawdę warto zatrzymać się nawet na kilka dni, bo pełno tu atrakcji dla wszystkich. Od spokojnego kontemplowania uroków jezior, strumieni i lasów, odwiedziny w wiosce zasypanej jak Pompeje przez wulkan Tarawera, wspaniałe szlaki dla rowerów górskich, pokazy rolnicze, spacery wokół gejzerów i bulgocących błot termalnych, wreszcie zapoznawanie się z kulturą i zwyczajami Maorysów włącznie z degustacją hangi, czyli jedzonka przygotowanego w ich piecu ziemnym. Trochę za dużo tam komercji jak na mój gust, ale mimo wszystko warte zaliczenia.





Taupo

To miejscowość nad olbrzymim jeziorem o tej samej nazwie. Tutaj bierze początek największa rzeka Nowej Zelandii zwana Waikato, która wpływa do morza w okolicach Auckland. Cały szereg skalistych przełomów Waikato wykorzystano do stworzenia całej serii hydro-elektrowni, ale pierwszy przełom tuż poniżej Taupo zwany Huka Falls warto obejrzeć. Jest tu sporo innych atrakcji, ale to temat na później. Będąc na głównym deptaku ciągnącym się wzdłuż wybrzeża jeziora przy dobrej pogodzie widać wyraźnie sylwetki wspaniałych wulkanów wyrastających na południe od jeziora Taupo.


Tongariro National Park

Jedno z najbardziej spektakularnych miejsc Północnej Wyspy. Trzy czynne wulkany robią wrażenie. Najwyższy z nich to Mt Ruapehu przez większość roku jest ośnieżony i są tam jedyne w miarę przyzwoite tereny narciarskie. To tutaj filmowano sceny z Mordoru do Władcy Pierścieni (trochę to potem komputerowo podkręcono, ale jednak). Można podziwiać z samochodu, ale polecam przejście się wieloma szlakami, z których najbardziej oblegany jest Tongariro Alpine Crossing, wejście na który trzeba w sezonie bukować. Dlaczego nazwano go Alpine tego nie wiem. To taki kiwiski kompleks Europy chyba bo ani z Alpami, ani z alpinizmem nie ma nic wspólnego. Powinien się nazywać Tongariro Mordor Crossing.


Mordor

Mt Taranaki

To kolejne miejsce na zachodnim wybrzeżu Północnej Wyspy, które często jest omijane przez wycieczki zorganizowane pędzące przez Nową Zelandię na złamanie karku. Prawie idealny wulkaniczny stożek, przez większość część roku ośnieżony jak Mt Fuji w Japonii. Okoliczne miasteczka mają swój klimat a sama góra ma sporo ciekawych szlaków do połażenia, choć wyżej to już raczej wspinaczka dość ekstremalna. 



Hawkes Bay

Po wschodniej stronie Północnej Wyspy, jest inne miejsce, które bywa pomijane przez główną gawiedź turystyczną – to Hawkes Bay, jedno z najcieplejszych i najbardziej słonecznych miejsc w Nowej Zelandii. Dwa bliźniacze miasta Napier i Hastings są warte zwiedzenia. Napier zostało poważnie zniszczone przez wielkie trzęsienie ziemi w 1931 roku, po czym nastąpiła jego wielka odbudowa, a że wszystko działo się w okresie Art Deco więc większość dzisiejszej zabudowy utrzymana jest w tym stylu. Co roku w lutym odbywa się tu festiwal Art Deco i trzeba przyznać, że robi on wrażenie, bo wszyscy ubierają się stylowo, po ulicach jeżdżą stare samochody, wszędzie słychać charlestona i zabawa jest przednia. Dodać tu należy, że Hawkes Bay jest wielkim zagłębiem winiarskim i sadowniczym i jest co degustować.

Napier

Wellington

Wiadoma rzecz – stolica. Choć jest o wiele mniejszy od Auckland jednak obecność ambasad i centralnych urzędów sprawia, że kulturalnie Wellington raczej bije Auckland na głowę. Jeśli zdecydujecie się na przejechanie samochodem czy kamperem całej Nowej Zelandii to tutaj będziecie wjeżdżać na prom, który zabierze Was do Picton na Południwej Wyspie. Warto spędzić w Wellington przynajmniej jeden dzień i zaliczyć narodowe Muzeum Te Papa, przejść się wzdłuż starych nabrzeży portowych zamienionych na ciekawy ciąg różnych atrakcji i dobrych knajp. Moim subiektywnym zdaniem mimo częstych wiatrów Wellington jest bardzo sympatycznym i atrakcyjnym miejscem.



 

04 września 2024

Nasza Jeszcze Droższa Nowa Zelandia

 Dzisiaj, krótka piłka. 

Pośpiesznie donoszę, że właśnie Wasza podróż do Nowej Zelandii znowu podrożała. Rząd Jego Królewskiej Mości zdecydował, że od 1 października 2024 podatek turystyczny rośnie z obecnych 35 dolców do 100 dolców od łebka. Taką kwotę trzeba będzie dodać do kosztu NZeTA czyli New Zealand electronic Travel Authority, które musicie mieć zanim wyruszycie w podróż do naszego pięknego kraju. 


Niezmiernie mi przykro, ale władze doszły do wniosku, że aby Was godnie przyjąć a przy tym skutecznie chronić przed Wami, ale i dla Was naszą przyrodę musicie za to nieco więcej zapłacić. 

NB to jest opłata jednorazowa na cały czas ważności Waszej 3 miesięcznej wizy tutaj (no chyba, że przyjeżdżacie na Brytyjskim paszporcie to wizę macie na 6 miesięcy). Nie będziecie musieli tego podatku płacić tylko jeśli przyjeżdżacie na paszporcie australijskim lub jednego z krajów wyspiarskich Pacyfiku. 

Mimo wszystko liczymy, że wpadniecie.

Czuwaj.

01 września 2024

Jemy "na mieście"

Nie po to jeździ się w odległe kraje, żeby odżywiać się tam kanapką z serem i jajkiem na twardo. Po pierwsze warto a po drugie czasem nie ma innego wyjścia i trzeba coś zjeść „na mieście”.

W Nowej Zelandii mamy spory wybór, bo ulice miast i miasteczek usiane są wszelkiego rodzaju miejscami z jadłem. No nie jest to tak, jak w Bangkoku czy Hong Kongu ale z głodu się nie umrze. 

Z wielkich sieciówek fastfoodowych najliczniejsze to McDonalds, KFC, Burger King i Subway. Jest jeszcze parę innych mniej znanych w Europie, ale wszystkie mniej więcej na to samo kopyto. Jest Pizza Hut i Dominion Pizza i sporo innych pizzerii – większość z nich działa jednak głównie na wynos. Sieciówki mają jedną zaletę a mianowicie długie godziny otwarcia, czasem nawet całą dobę. 


Następny szczebel to jadłodajnie etniczne. Znajdziecie ich wszędzie sporo, głównie hinduskich, chińskich, tajskich i generalnie azjatyckich - czasem trafi się kebab.  





Z reguły są to niewielkie knajpki z trzema stolikami na krzyż, nastawione głównie na serwowanie żarcia na wynos. Niestety minęły już te czasy, gdy można tam było na przykład dostać chińszczyznę smażoną w woku specjalnie dla ciebie na poczekaniu. Teraz wszystko jest już wcześniej zrobione i serwowane z podgrzewaczy, czyli niestety ogólnoświatowy standard etnicznego fast-foodu.

Znajdziecie tu również sporo sushi barów, które jednak są bardzo specyficzne. Niewiele w nich prawdziwych i surowych owoców morza a więcej różnych amerykańskich wymysłów pełnych serków, majonezów, kurczaków i innych dupereli. No ale coś tam da się wybrać. 


Tutaj bardzo ważna uwaga na temat godzin otwarcia. Większość tych mniejszych  knajpek działa na zasadzie lunch barów, czyli otwarte są głównie od 11-tej do 15-tej. Tylko niektóre działają do wieczora. Ogólnie uważajcie na porę lunchu, bo jak ją przegapicie, to potem ciężko jest coś znaleźć aż do powiedzmy 17-tej kiedy to otwierają się restauracje.  

Wróćmy jednak jeszcze do lunch barów – tych lokalnych, nie etnicznych. Te zwykle są tu nazywane Cafe lub Bakery i wszystkie są podobne. Na wejściu wielka lada chłodnicza z gotowymi kanapkami, sałatkami, quichami i wszelkiego rodzaju gotowymi wyrobami kuchni anglosaskiej, które się wybiera i prosi o podgrzanie lub nie. A na ścianie wielkie menu z kilkoma gorącymi potrawami typu zupa dnia, fish and chips, egg benedict, burger z frytkami  etc. Zamawiamy co chcemy przy ladzie, płacimy i z reguły dostajemy numerek na patyku do postawienia na stoliku, po którym personel pozna komu co przynieść.




I jeszcze raz UWAGA, UWAGA, absolutna większość tych Cafe operuje tylko w porze południowej. Jeśli wejdziecie tam koło 15-tej zastaniecie już krzesełka do góry nogami na stolikach.

Mimo wszystko polecam Cafe, bo przecież nie można wyjechać z Nowej Zelandii bez zaliczenia lokalnych specjałów jak sausage roll, steak pie, sausage with baked beans a na deser pavlovej. To tak jak chrzest żeglarski przy przekraczaniu równika – mieszane uczucia, ale przeżycie niezapomniane.

gorący pie

pyszny sausage roll

sausge z fasolką - pycha

Troszkę tu sobie dworuję, ale we wszystkich wspomnianych miejscach da się dobrze zjeść. Podobno nawet w McDonalds jest to do osiągnięcia choć mi się jeszcze nie udało. Zawsze wydaje mi się, że smak tych miękkich buł z podejrzanym nadzieniem niczym się nie różni od smaku tego kartonika, w którym tę bułę serwują. 

No to dobrnęliśmy do wieczora i teraz dopiero otwierają się restauracje. W małych miasteczkach może nie być ich zbyt wiele, ale z reguły kilka jest. W większych miastach i miejscowościach mocno turystycznych jest ich sporo. Te najlepsze są z reguły mocno oblegane i często bez rezerwacji ciężko będzie znaleźć w nich miejsce. Wybór jest spory: włoskie, azjatyckie, francuskie, ogólno-europejskie, amerykańskie tylko polskich niewiele. 

Tutaj należy wspomnieć również o pubach, które istnieją w prawie każdym miasteczku i niektóre są jak żywcem wyjęte z Wysp Brytyjskich włącznie z pubami irlandzkimi. Są to z reguły najbardziej klimatyczne miejsca z tradycyjnym wystrojem, piwem z beczki, tradycyjnym brytyjskim żarciem i swojską atmosferą. Wizytę w pubie też należy zaliczyć, jeśli ktoś nigdy nie był.



O cenach wspomniałem już w innym wpisie ale ogólnie dania do najedzenia się w lunch barach, fastfoodach i barach etnicznych to ok NZ$10-20 na twarz. W restauracjach i pubach to ok NZ$20-35 na twarz no chyba, że ktoś zamawia langusty, ostrygi i kawior to wtedy nieco więcej. Drinki extra, ale uwaga, uwaga: w zasadzie wszędzie i w tanich lunch barach jak i w drogich  restauracjach zwykła, schłodzona woda z kranu jest do woli i za darmo. Czasem zaproponują wam Perriera czy inną butelkową za poważną kasę, ale można grzecznie podziękować i poprosić o dzbanek zwykłej wody – za friko. Czasem będzie lecieć nieco kranówą ale jest bezpieczna. 

Ogólnie mówiąc, tak jak wszędzie na świecie, im bardziej turystyczne miejsce tym drożej, ale to podkręcanie cen nie jest tak drastyczne jak na Krupówkach czy przy Monciaku w Sopocie. 

Warto jeszcze wspomnieć, że całkiem znośne rzeczy na wynos można kupić przy delikatesowych ladach w supermarketach. Cały gorący pieczony kurczak plus trochę jakiś gotowych sałatek zabrane na wynos i spożyte przy stoliczku w parku czy na plaży i możecie mieć niezły obiad dla czterech osób za $25. 

Smacznego. 

Popularne posty