Polecany post

Jak podróżować po Nowej Zelandii

 Nie ma co ukrywać - wycieczka do Nowej Zelandii zawsze była pioruńsko droga, a teraz po pandemii na razie jest jeszcze droższa. To takie us...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty

23 marca 2025

New Zealand Mainland czyli Wyspa Południowa – standardowe atrakcje turystyczne


Pewnie już po tytule zorientowaliście się, że w Nowej Zelandii istnieje pewien lokalny patriotyzm. Mieszkańcy każdej z wysp mają swoje preferencje co do miejsca zamieszkania, a największa rywalizacja jest między dwiema największymi, czyli Północną i Południową. Prawda jest taka, że na Północnej, żyje prawie 4 miliony mieszkańców a na Południowej 1,2 miliona. No, ale mieszkańcy Wyspy Południowej ciągle nazywają swoją Mainland, bo obszarowo jest nieco większa. Takie braterskie przekomarzanie jak między Ślązakami i Zagłębiokami. A na Stewart Island, tej najmniejszej wysepce jeszcze bardziej na południe, jest jeszcze śmieszniej. Widzieliśmy tam znak mówiący „Muszę pewnego dnia wybrać się do Nowej Zelandii. Podpisano: mieszkaniec Stewart Island”.


Czyli każda pliszka swój ogonek chwali.

Tak więc jak wiecie cała Nowa Zelandia jest raczej pustawa ( bo to ledwie 5.3 mln ludzi na powierzchni porównywalnej z Polską) a Wyspa Południowa jest jeszcze cztery razy bardziej pusta niż Północna. Nic dziwnego, bo przez prawie całą jej długość biegną bardzo wysokie góry, a i klimat jest tam bardziej ostry. Natomiast pocztówkowych widoków i turystycznych atrakcji jest tu jeszcze więcej.


Przeważająca większość turystów wpada do Nowej Zelandii jak po ogień i dla nich żelazne punkty „zwiedzalnicze” na Południowej Wyspie są następujące.

Punakaiki czyli Pancake Rocks

Widowiskowa formacja skalna nad Morzem Tasmana gdzie warstwowe skały wyglądają faktycznie jak warstwy naleśników. Z reguły olbrzymie fale Tasmana rozbijają się o nie tworząc dramatyczne spienione widowisko. Faktycznie ciekawe.




Jedziemy na południe wzdłuż zachodniego wybrzeża. Następny żelazny punkt to doliny dwóch największych lodowców.

Franz Josef Glacier  i Fox Glacier

Te dwie niewielkie acz pełne hoteli miejscowości rozłożyły się u wejścia do dolin, którymi spływają owe dwa lodowce. Kiedyś schodziły one prawie do morza a dziś trzeba dość daleko iść w góry, żeby je dostrzec, a jak się chce je pomacać to niestety trzeba wynająć helikopter. Ocieplenie klimatu w całej okazałości

Fox Glacier w oddali

Najbliżej jak tylko można dojść do Fox Glacier
Jeszcze kilkanaście lat temu dochodził do miejsca, z którego robiłem tę fotkę

A tam w oddali jest czoło lodowca Franz Josef.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych był tu za drzewami, na wyciągnięcie ręki. 

Dalej zaliczanie standardów Nowej Zelandii prowadzi niezwykle widowiskową drogą przez Przełęcz Haast przecinającą Alpy Południowe i spadającą wzdłuż dwóch górskich jezior Wanaka i Hewea w kierunku mekki turystycznej, czyli Queenstown.

Queenstown i okolice

Queenstown to jedno z najdroższych i najbardziej obleganych turystycznie miejsc w Nowej Zelandii. Położone jest przecudnie nad wielkim górskim jeziorem Wakatipu, widoki wokół naprawdę zapierają dech w piersiach a atrakcji turystycznych i pompujących adrenalinę wariactw jest tu co niemiara.

Queenstown

Wszystko to kosztuje, ale warto spróbować. 

To tutaj właśnie, na starym moście nad rzeką Kawarau rozpoczęło się pierwsze komercyjne skakanie na bungee.


Tutaj również rozpoczęto na wielką skalę wożenie turystów po górskich rzekach superszybkimi łodziami napędzanymi turbinami strumieniowymi, które note bene zostały wymyślone również w Nowej Zelandii przez gentlemana o nazwisku Hamilton. Do dziś ten napęd pozwalający łodziom nieomalże ślizgać się po kamieniach płytkich kamienistych rzek zwie się Hamilton Jet Propulsion.


Poza tym jest tu jeszcze dziesiątki innych tortur psychiczno-cielesnych od zwykłego raftingu, latania na lotniach, skoków spadochronowych i przemieszczania się w przestrzeni wszelkimi możliwymi konstrukcjami powodującymi sraczkę i omdlenia. Zimą natomiast jest to największy ośrodek sportów zimowych, jako jedyny w Nowej Zelandii z lekka porównujący się do ośrodków europejskich. Powtarzam – z lekka.

Remarkables 

Dla turystów stateczniejszych jest tu też sporo atrakcji: niezliczone i bardzo widowiskowe trasy piesze, rowerowe a nawet konne. Będąc w tej okolicy większość zalicza dzień w Arrowtown, bardzo przytulnym starym miasteczku z epoki lokalnej gorączki złota. 

Arrowtown

Obowiązkowa jest też wycieczka do Glenorchy, leżącej na drugim końcu jeziora wioski pasterskiej, najlepiej jest to zrobić na pokładzie pięknie utrzymywanego prawdziwego parowca TSS Ernslaw ale można tam też dotrzeć drogą.

TSS Ernslaw

Z Queenstown organizowane są również niezliczone wycieczki do następnych wielkich atrakcji turystycznych znajdujących się w przecudnej krainie zwanej Fiordland.

Tutaj kilka słów wyjaśnienia zawiłych angielskich terminologii w wydaniu nowozelandzkim. Ktoś kiedyś nazwał tę krainę Fiordland i słusznie, bo pełna jest ona przepięknych fiordów jak w Norwegii. Jednak niedouczeni osadnicy większość z nich nazwali „soundami”. No i dyskusja co do tego kto ma rację trwa do dzisiaj.

Geografowie twierdzą, że fiord to zalana morzem dolina lodowca a sound to zalana morzem dolina rzeki. Ponieważ spod lodowca zawsze wypływa rzeka więc dla mnie ta definicja jest nieco do bani. Wg mnie większość „soundów” na świecie to faktycznie zalane doliny rzek, ale już z dala od gór więc „soundy” są szerokie i z brzegami bardziej płaskimi. A gdy góry z lodowcami są blisko morza i zostają zalane to tworzą się fiordy, które mają strome zbocza i są zwykle wąskie. A więc w Fiordland są fiordy i tylko przypadkowo zostały nazwane soundami. Jak ktoś to pojął to może czytać dalej. Jak nie to proszę czytać jeszcze raz.

Milford Sound

Najpopularniejszy fiord w Nowej Zelandii. Obfotografowany do znudzenia. 

Milford Sound

Spory kawałek z Queenstown trzeba przejechać, aby się tam dostać, ale faktycznie warto, mimo, że kocioł tam straszny. Główna atrakcja to wycieczka statkiem po fiordzie, ale można też samolotem, kajakiem czy helikopterem. Za sam parking trzeba zapłacić 50 dolców więc krew się leje z portfela no, ale jak mus to mus. Faktycznie, i w samym fiordzie i na drodze do niego jest co oglądać więc chyba warto.

Milford Sound

 

Doubtful Sound

To jest ciekawa alternatywa dla Milford Sound. Wycieczka polega na zboczeniu z trasy do Milford Sound w Te Anau. Podjechaniu kilkunastu kilometrów do Manapouri. Tam wsiadamy na pierwszy statek który wiezie nas do końca jeziora o tej samej nazwie. Czasem uda się tam zwiedzić wykutą w skałach niesamowitą elektrownię wodną a potem autobusem przez przełęcz wiozą nas do fiordu właściwego no i tam znowu stateczek do morskich bram fiordu, podziwianie wodospadów, fok na skałach, czasem delfinów i tą samą drogą do domu.

Doubtful Sound

Większość turystów w tym miejscu zaczyna wycofywać się na północ w kierunku Christchurch i odlotu do domu ewentualnie jeszcze wracają na północ wzdłuż Alp aby podziwiać zaskakująco niebieskie jeziora Pukaki i Tekapo  i zbliżyć się jak najbardziej do najwyższego szczytu Nowej Zelandii Mt Cook który po Maorysku zwie się Aoraki.

Lake Pukaki, nawet na mapach oznaczany jest ten intensywny kolor jego lodowcowych wód

 
Aoraki/Mt Cook

W ten sposób standardowi turyści omijają cały Southland, Stewart Island i bardzo intersujące południowo wschodnie wybrzeże gdzie naprawdę można się napatrzeć z bliska na foki, pingwiny i albatrosy. 





No ale po tych wszystkich pocztówkowych widokach i przy braku czasu coś zwykle trzeba poświęcić.

Jeśli przybyli na Południową Wyspę promem to po drodze na północ często wpadają przynajmniej do Christchurch i do Kaikoury. W Christchurch jest chwila „odchamiania” i podziwiania jak to poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi z 2011 roku miasto staje na nogi.  

W Kaikora z jakiegoś powodu są najlepsze wody do podziwiania wielorybów w ich regularnych wędrówkach morskich.  Whale watching to chyba największa atrakcja Kaikoury choć trochę innych ciekawych rzeczy też się tam znajdzie.



Na Południowej Wyspie są tysiące innych atrakcyjnych miejsc, wspaniałych górskich i nizinnych szlaków, jezior, jaskiń, ciepłych źródeł, a i galerii czy muzeów, ale to nie dla tych co wpadają tu jak po ogień.

Powoli będę starał się przedstawiać w tym blogu te miejsca w Nowej Zelandii, które zarezerwowane są dla bardziej wtajemniczonych.

Zapraszamy gorąco a jak zechcecie dołączyć do ekskluzywnego klubu czytajcie kolejne odcinki, które już niedługo.

 

 

 

12 października 2024

Standardowe atrakcje Północnej Wyspy - czyli tam, gdzie wszyscy jeżdżą


Wiecie już mniej więcej jak sobie radzić z podstawową logistyką to teraz czas zastanowić się nad marszrutą waszej wyprawy po Aotearoa.

Wspominałem już wcześniej, że skoro już zdecydowaliście się wydać sporo kasy, aby się tutaj dostać to warto iść za ciosem i przylecieć tu na jak najdłużej. W końcu na drugi koniec świata nie lata się zbyt często a być może będzie to Wasza jedyna wizyta na Antypodach.

Spotkałem się również z takim myśleniem: „skoro już lecimy tak daleko to wpadniemy jeszcze do Australii i na któreś z wysp Pacyfiku – może Fiji a może Tonga”. To jest bardzo rozsądny pomysł oczywiście jeśli macie kilka miesięcy urlopu, dużo energii i jeszcze więcej gotówki.

Australia to kontynent wielkości USA i wpadanie tam na kilka dni jest oczywiście możliwe, ale zbyt wiele z Australii w ten sposób nie zobaczcie – a jest tam co oglądać.

Natomiast Pacyfik to ocean, który w zasadzie zajmuje prawie połowę powierzchni naszej planety i odległości między wyspami są olbrzymie. Lot z Nowej Zelandii na najbliższe nam Fiji zabiera 3.5 godziny. Wszystko jest możliwe, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nasz region to nie Karaiby czy Morze Śródziemne.

Wróćmy więc do możliwych wersji marszruty po Nowej Zelandii. O Pacyfiku i Australii będę pisał w przyszłości.

Zacznijmy więc od mapy największych turystycznych atrakcji, czyli miejsc, dokąd wożona jest większość turystów. Są to miejsca faktycznie warte zobaczenia, ale jak się domyślacie są one również najbardziej zatłoczone i skomercjalizowane.

Na pierwszy ogień Wyspa Północna. Zaczynamy od północnego czubka i jedziemy w dół.




Cape Reinga, 90 Miles Beach i wielkie wydmy.

Cape Reinga to widowiskowy przylądek, gdzie spotykają się prądy i fale morskie z Morza Tasmana i Pacyfiku. Każdy musi sobie zrobić tutaj selfie przed małą latarnią morską i słupkiem z odległościami do wielu znanych miejsc na świecie.



Pomijając tłum Instagramowiczów miejsce jest naprawdę urokliwe, z przepięknym skalisto-piaszczystym wybrzeżem. Najlepiej jest trafić tam o świcie albo o zachodzie słońca, bo wtedy mniej tam ludzi i widoki przecudne. Problem tylko taki, że to jakieś 90 km od najbliższej miejscowości więc albo trzeba wyjechać po ciemku albo wracać po ciemku. Większość ludzi i wycieczek pojawia się tam zatem w ciągu dnia i wtedy najlepiej zejść trochę na bok wzdłuż pieszych szlaków które prowadzą wzdłuż wybrzeża.

Wycieczkowicze grupowi docierają tu zwykle autobusami lub mikrobusami asfaltową drogą, ale można tu również dotrzeć wzdłuż 90 Miles Beach choć wymaga to samochodu terenowego i czasowo ograniczone jest pływami morskimi. Taką wyprawę da się zamówić, jeśli pojazd jaki wypożyczycie to zwykły samochód.

Na północnym końcu 90 Miles Beach są wielkie wydmy jak na Saharze. To też obowiązkowy przystanek turystyczny. Na miejscu można wypożyczyć mała deskę surfingową a na niej pozjeżdżać sobie jak na sankach ze stromych wydm.



Bay of Islands

To jest prawdziwa mekka żeglarska i wodniacka. Spory akwen usiany wieloma wyspami z setkami urokliwych zatoczek i plaż. 



To tutaj zrodziła się formalnie Nowa Zelandia. W Waitangi jest muzeum w miejscu, gdzie podpisano układ z Maorysami, którzy zgodzili się być poddanymi korony brytyjskiej. Paihia to centrum turystyczno/rozrywkowe. Koniecznie trzeba wsiąść na niewielki prom pasażerski i popłynąć na drugą stronę zatoki do Russell. Tutaj przez kilkanaście lat funkcjonowała pierwsza stolica Nowej Zelandii. To bardzo sympatyczne miejsce warte wypicia kawy czy zjedzenia lunchu w nadbrzeżnych kafejkach wśród starej, wiktoriańskiej zabudowy. 

Deptak w Russell

A w Opua jest jedna z najważniejszych żeglarskich marin, gdzie zawija większość jachtów żeglujących dookoła świata, aby przeczekać okres cyklonów na Południowym Pacyfiku czyli naszego lata.


Auckland

Najprawdopodobniej właśnie stąd będziecie rozpoczynać swą wyprawę, bo większość międzynarodowych lotów przybywa właśnie tutaj lub do Christchurch na Południowej Wyspie.

Auckland to miasto tysięcy żagli. Zatoka Hauraki, olbrzymie mariny i okoliczne wyspy robią wrażenie. Miasto, jak wiele miast nowego świata, nie powala, ale jeśli zdecydujecie się na spędzenie czasu w Auckland to z pewnością warto wybrać się do centrum, przejść się wzdłuż Queen Street między Aoetea Square a wybrzeżam, zaliczyć knajpki w okolicach Viaduct Basin, pójść przez zwodzony most na spacer w kierunku głównej mariny.  Jeśli chcecie spędzić tu więcej czasu to godne polecenia jest Auckland War Memorial Muzeum, które ma bardzo ciekawe ekspozycje i położone jest w pięknym parku. Stąd już tylko parę kroków do Parnell Rd gdzie w wiktoriańskich domkach znajdziecie mnóstwo klimatycznych knajpek dobrych i na lunch i na wieczorny dinner. Jeśli zasiedzicie się w Auckland jeszcze bardziej to przy Queen Street znajdziecie przystań regionalnych promów, które szybko i nie tak drogo zawiozą Was na drugą stronę do Devon Port który też warto zaliczyć a jeszcze lepiej wybrać się na kilkugodzinną wyprawę na Waiheke Island, gdzie też jest ciekawie i znajdziecie tam pierwsze winnice i probiernie win.



O Auckland można by bardzo długo, bo to miasto, gdzie mieszka w tej chwili jedna trzecia ludności całej Nowej Zelandii i prawie w każdej z rozrzuconych szeroko dzielnic są jakieś atrakcje, plaże czy inne uciechy, ale moim zdaniem nie po to leci się taki kawał drogi, żeby marnować czas na Auckland.

Półwysep Coromandel

Tak jak wiele zorganizowanych wycieczek omija wszystko na północ od Auckland tak też wiele z nich omija ten piękny zakątek, ale jednak niektóre bardziej ambitne jakoś tam docierają.

Coromandel to nie bez powodu ulubione miejsce weekendowe mieszkańców Auckland. Bardzo urozmaicona linia brzegowa z licznymi wyśmienitymi plażami poprzedzielanymi skalistymi odcinkami, w centrum półwyspu morze zieleni, wodospady, rezerwaty przyrody. Wszystko godne polecenia, szczególnie jeśli nastawiacie się na bardziej kampingowe spędzanie czasu, byczenie się na plażach czy wyprawy wędkarskie lub nurkowe. Żelazne punkty programu które powinno się zaliczyć to Cathedral Cove w Hahei Beach i Hot Water Beach gdzie w pobliskim sklepiku można wynająć łopatkę i podczas odpływu wykopać sobie na granicy fal grajdołek, który podchodzi cieplutką wodą i ma się Jacuzzi za darmo aż przyjdzie przypływ i wszystko zabierze.


Hot Water Beach

Hobbiton

Ciągle popularne szczególnie wśród fanów filmowej trylogii Tolkiena miejsce, które było oryginalnym planem filmowym wioski Hobbitów. Jest w nim pewna magia, bo utrzymywane jest ciągle w bardzo dobrym stanie a niedawno nawet wydano sporo pieniędzy i zbudowano pełną wersję mieszkania Bilbo Bagginsa. Do tej pory okrągłe drzwi w stokach wzgórza prowadziły do nikąd, bo wszystkie sceny z wnętrz oryginalnie filmowane były w studio filmowym. Kiedy byliśmy w Hobbitonie pierwszy raz to po powrocie do domu natychmiast obejrzeliśmy raz jeszcze film i śmialiśmy się, że teraz już możemy spokojnie żyć w Shire.



Waitomo Caves

Jaskinie w Waitomo to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Nowej Zelandii i żelazny punkt programu większości wycieczek zorganizowanych. Jaskinie znane są przede wszystkim z niezwykłych świetlików, które oświetlają wnętrza jaskiń. Poza tym oferują niezapomniane wrażenia dzięki spektakularnym formacjom skalnym i podziemnym rzekom po których turyści spławiani są łódkami. Warte obejrzenia głównie ze względu na świetliki.



Rotorua

Dwie największe atrakcje tego miasteczka to zjawiska geotermalne i kultura maoryska a wszystko w scenerii pięknych jezior i wspaniałych lasów. To również żelazny punkt programu turystów zorganizowanych, ale z pewnością wart polecenia także turystom indywidualnym. Tu naprawdę warto zatrzymać się nawet na kilka dni, bo pełno tu atrakcji dla wszystkich. Od spokojnego kontemplowania uroków jezior, strumieni i lasów, odwiedziny w wiosce zasypanej jak Pompeje przez wulkan Tarawera, wspaniałe szlaki dla rowerów górskich, pokazy rolnicze, spacery wokół gejzerów i bulgocących błot termalnych, wreszcie zapoznawanie się z kulturą i zwyczajami Maorysów włącznie z degustacją hangi, czyli jedzonka przygotowanego w ich piecu ziemnym. Trochę za dużo tam komercji jak na mój gust, ale mimo wszystko warte zaliczenia.





Taupo

To miejscowość nad olbrzymim jeziorem o tej samej nazwie. Tutaj bierze początek największa rzeka Nowej Zelandii zwana Waikato, która wpływa do morza w okolicach Auckland. Cały szereg skalistych przełomów Waikato wykorzystano do stworzenia całej serii hydro-elektrowni, ale pierwszy przełom tuż poniżej Taupo zwany Huka Falls warto obejrzeć. Jest tu sporo innych atrakcji, ale to temat na później. Będąc na głównym deptaku ciągnącym się wzdłuż wybrzeża jeziora przy dobrej pogodzie widać wyraźnie sylwetki wspaniałych wulkanów wyrastających na południe od jeziora Taupo.


Tongariro National Park

Jedno z najbardziej spektakularnych miejsc Północnej Wyspy. Trzy czynne wulkany robią wrażenie. Najwyższy z nich to Mt Ruapehu przez większość roku jest ośnieżony i są tam jedyne w miarę przyzwoite tereny narciarskie. To tutaj filmowano sceny z Mordoru do Władcy Pierścieni (trochę to potem komputerowo podkręcono, ale jednak). Można podziwiać z samochodu, ale polecam przejście się wieloma szlakami, z których najbardziej oblegany jest Tongariro Alpine Crossing, wejście na który trzeba w sezonie bukować. Dlaczego nazwano go Alpine tego nie wiem. To taki kiwiski kompleks Europy chyba bo ani z Alpami, ani z alpinizmem nie ma nic wspólnego. Powinien się nazywać Tongariro Mordor Crossing.


Mordor

Mt Taranaki

To kolejne miejsce na zachodnim wybrzeżu Północnej Wyspy, które często jest omijane przez wycieczki zorganizowane pędzące przez Nową Zelandię na złamanie karku. Prawie idealny wulkaniczny stożek, przez większość część roku ośnieżony jak Mt Fuji w Japonii. Okoliczne miasteczka mają swój klimat a sama góra ma sporo ciekawych szlaków do połażenia, choć wyżej to już raczej wspinaczka dość ekstremalna. 



Hawkes Bay

Po wschodniej stronie Północnej Wyspy, jest inne miejsce, które bywa pomijane przez główną gawiedź turystyczną – to Hawkes Bay, jedno z najcieplejszych i najbardziej słonecznych miejsc w Nowej Zelandii. Dwa bliźniacze miasta Napier i Hastings są warte zwiedzenia. Napier zostało poważnie zniszczone przez wielkie trzęsienie ziemi w 1931 roku, po czym nastąpiła jego wielka odbudowa, a że wszystko działo się w okresie Art Deco więc większość dzisiejszej zabudowy utrzymana jest w tym stylu. Co roku w lutym odbywa się tu festiwal Art Deco i trzeba przyznać, że robi on wrażenie, bo wszyscy ubierają się stylowo, po ulicach jeżdżą stare samochody, wszędzie słychać charlestona i zabawa jest przednia. Dodać tu należy, że Hawkes Bay jest wielkim zagłębiem winiarskim i sadowniczym i jest co degustować.

Napier

Wellington

Wiadoma rzecz – stolica. Choć jest o wiele mniejszy od Auckland jednak obecność ambasad i centralnych urzędów sprawia, że kulturalnie Wellington raczej bije Auckland na głowę. Jeśli zdecydujecie się na przejechanie samochodem czy kamperem całej Nowej Zelandii to tutaj będziecie wjeżdżać na prom, który zabierze Was do Picton na Południwej Wyspie. Warto spędzić w Wellington przynajmniej jeden dzień i zaliczyć narodowe Muzeum Te Papa, przejść się wzdłuż starych nabrzeży portowych zamienionych na ciekawy ciąg różnych atrakcji i dobrych knajp. Moim subiektywnym zdaniem mimo częstych wiatrów Wellington jest bardzo sympatycznym i atrakcyjnym miejscem.



 

04 września 2024

Nasza Jeszcze Droższa Nowa Zelandia

 Dzisiaj, krótka piłka. 

Pośpiesznie donoszę, że właśnie Wasza podróż do Nowej Zelandii znowu podrożała. Rząd Jego Królewskiej Mości zdecydował, że od 1 października 2024 podatek turystyczny rośnie z obecnych 35 dolców do 100 dolców od łebka. Taką kwotę trzeba będzie dodać do kosztu NZeTA czyli New Zealand electronic Travel Authority, które musicie mieć zanim wyruszycie w podróż do naszego pięknego kraju. 


Niezmiernie mi przykro, ale władze doszły do wniosku, że aby Was godnie przyjąć a przy tym skutecznie chronić przed Wami, ale i dla Was naszą przyrodę musicie za to nieco więcej zapłacić. 

NB to jest opłata jednorazowa na cały czas ważności Waszej 3 miesięcznej wizy tutaj (no chyba, że przyjeżdżacie na Brytyjskim paszporcie to wizę macie na 6 miesięcy). Nie będziecie musieli tego podatku płacić tylko jeśli przyjeżdżacie na paszporcie australijskim lub jednego z krajów wyspiarskich Pacyfiku. 

Mimo wszystko liczymy, że wpadniecie.

Czuwaj.

01 września 2024

Jemy "na mieście"

Nie po to jeździ się w odległe kraje, żeby odżywiać się tam kanapką z serem i jajkiem na twardo. Po pierwsze warto a po drugie czasem nie ma innego wyjścia i trzeba coś zjeść „na mieście”.

W Nowej Zelandii mamy spory wybór, bo ulice miast i miasteczek usiane są wszelkiego rodzaju miejscami z jadłem. No nie jest to tak, jak w Bangkoku czy Hong Kongu ale z głodu się nie umrze. 

Z wielkich sieciówek fastfoodowych najliczniejsze to McDonalds, KFC, Burger King i Subway. Jest jeszcze parę innych mniej znanych w Europie, ale wszystkie mniej więcej na to samo kopyto. Jest Pizza Hut i Dominion Pizza i sporo innych pizzerii – większość z nich działa jednak głównie na wynos. Sieciówki mają jedną zaletę a mianowicie długie godziny otwarcia, czasem nawet całą dobę. 


Następny szczebel to jadłodajnie etniczne. Znajdziecie ich wszędzie sporo, głównie hinduskich, chińskich, tajskich i generalnie azjatyckich - czasem trafi się kebab.  





Z reguły są to niewielkie knajpki z trzema stolikami na krzyż, nastawione głównie na serwowanie żarcia na wynos. Niestety minęły już te czasy, gdy można tam było na przykład dostać chińszczyznę smażoną w woku specjalnie dla ciebie na poczekaniu. Teraz wszystko jest już wcześniej zrobione i serwowane z podgrzewaczy, czyli niestety ogólnoświatowy standard etnicznego fast-foodu.

Znajdziecie tu również sporo sushi barów, które jednak są bardzo specyficzne. Niewiele w nich prawdziwych i surowych owoców morza a więcej różnych amerykańskich wymysłów pełnych serków, majonezów, kurczaków i innych dupereli. No ale coś tam da się wybrać. 


Tutaj bardzo ważna uwaga na temat godzin otwarcia. Większość tych mniejszych  knajpek działa na zasadzie lunch barów, czyli otwarte są głównie od 11-tej do 15-tej. Tylko niektóre działają do wieczora. Ogólnie uważajcie na porę lunchu, bo jak ją przegapicie, to potem ciężko jest coś znaleźć aż do powiedzmy 17-tej kiedy to otwierają się restauracje.  

Wróćmy jednak jeszcze do lunch barów – tych lokalnych, nie etnicznych. Te zwykle są tu nazywane Cafe lub Bakery i wszystkie są podobne. Na wejściu wielka lada chłodnicza z gotowymi kanapkami, sałatkami, quichami i wszelkiego rodzaju gotowymi wyrobami kuchni anglosaskiej, które się wybiera i prosi o podgrzanie lub nie. A na ścianie wielkie menu z kilkoma gorącymi potrawami typu zupa dnia, fish and chips, egg benedict, burger z frytkami  etc. Zamawiamy co chcemy przy ladzie, płacimy i z reguły dostajemy numerek na patyku do postawienia na stoliku, po którym personel pozna komu co przynieść.




I jeszcze raz UWAGA, UWAGA, absolutna większość tych Cafe operuje tylko w porze południowej. Jeśli wejdziecie tam koło 15-tej zastaniecie już krzesełka do góry nogami na stolikach.

Mimo wszystko polecam Cafe, bo przecież nie można wyjechać z Nowej Zelandii bez zaliczenia lokalnych specjałów jak sausage roll, steak pie, sausage with baked beans a na deser pavlovej. To tak jak chrzest żeglarski przy przekraczaniu równika – mieszane uczucia, ale przeżycie niezapomniane.

gorący pie

pyszny sausage roll

sausge z fasolką - pycha

Troszkę tu sobie dworuję, ale we wszystkich wspomnianych miejscach da się dobrze zjeść. Podobno nawet w McDonalds jest to do osiągnięcia choć mi się jeszcze nie udało. Zawsze wydaje mi się, że smak tych miękkich buł z podejrzanym nadzieniem niczym się nie różni od smaku tego kartonika, w którym tę bułę serwują. 

No to dobrnęliśmy do wieczora i teraz dopiero otwierają się restauracje. W małych miasteczkach może nie być ich zbyt wiele, ale z reguły kilka jest. W większych miastach i miejscowościach mocno turystycznych jest ich sporo. Te najlepsze są z reguły mocno oblegane i często bez rezerwacji ciężko będzie znaleźć w nich miejsce. Wybór jest spory: włoskie, azjatyckie, francuskie, ogólno-europejskie, amerykańskie tylko polskich niewiele. 

Tutaj należy wspomnieć również o pubach, które istnieją w prawie każdym miasteczku i niektóre są jak żywcem wyjęte z Wysp Brytyjskich włącznie z pubami irlandzkimi. Są to z reguły najbardziej klimatyczne miejsca z tradycyjnym wystrojem, piwem z beczki, tradycyjnym brytyjskim żarciem i swojską atmosferą. Wizytę w pubie też należy zaliczyć, jeśli ktoś nigdy nie był.



O cenach wspomniałem już w innym wpisie ale ogólnie dania do najedzenia się w lunch barach, fastfoodach i barach etnicznych to ok NZ$10-20 na twarz. W restauracjach i pubach to ok NZ$20-35 na twarz no chyba, że ktoś zamawia langusty, ostrygi i kawior to wtedy nieco więcej. Drinki extra, ale uwaga, uwaga: w zasadzie wszędzie i w tanich lunch barach jak i w drogich  restauracjach zwykła, schłodzona woda z kranu jest do woli i za darmo. Czasem zaproponują wam Perriera czy inną butelkową za poważną kasę, ale można grzecznie podziękować i poprosić o dzbanek zwykłej wody – za friko. Czasem będzie lecieć nieco kranówą ale jest bezpieczna. 

Ogólnie mówiąc, tak jak wszędzie na świecie, im bardziej turystyczne miejsce tym drożej, ale to podkręcanie cen nie jest tak drastyczne jak na Krupówkach czy przy Monciaku w Sopocie. 

Warto jeszcze wspomnieć, że całkiem znośne rzeczy na wynos można kupić przy delikatesowych ladach w supermarketach. Cały gorący pieczony kurczak plus trochę jakiś gotowych sałatek zabrane na wynos i spożyte przy stoliczku w parku czy na plaży i możecie mieć niezły obiad dla czterech osób za $25. 

Smacznego. 

31 sierpnia 2024

Idziemy na inne zakupy

Nowa Zelandia to nie Włochy czy Francja, gdzie tradycyjnie panie kupują szałowe buty czy ciuchy. Jeśli uda się Wam wylądować w jakiejś kiwiskiej galerii handlowej to szybko przekonacie się, że ani ceny, ani wybór, ani jakość z nóg nie powala i tego typu zakupy lepiej robić w domu albo przynajmniej w Europie. 

Czasem zdarza się jednak, że trzeba koniecznie dokupić coś, czego się zapomniało zabrać, albo nie przewidziało się, że będzie potrzebne albo się zepsuło, podarło  czy zgubiło. 

Oto wskazówki gdzie zaopatrywać się w takie rzeczy.

Jak wszędzie na świecie najlepiej unikać centrów turystycznych, bo tam będzie sporo drożej choć np. w Queenstown (odpowiednik Zakopanego)  z pewnością znajdziecie dobry wybór sprzętu górskiego i narciarskiego. Jeśli tylko się da to próbujcie jednak w innych miastach.  

Lokalna dobra marka gdzie można kupić przyzwoite odzienie turystyczne  i trochę sprzętu to Kathmandu. To taki odpowiednik North Face jeśli chodzi o ciuchy. 

Jeśli chodzi o gadżety kampingowe warta polecenia jest sieć Hunting and Fishing. Niby jest to sklep głównie dla myśliwych i wędkarzy ale jest tam mnóstwo przyzwoitego sprzętu turystycznego jak i ciuchów na wszelkie możliwe wybryki nowozelandzkiej pogody. 

Kiedy trzeba Wam coś z elektroniki to idźcie do Noel Leeming


Jeśli nie zależy Wam bardzo na jakości a trzeba dokupić coś prostego z ciuchów, butów czy do kuchni plastikowy pojemniczek, garnuszek, widelec itd.  to idźcie do The Warehouse. To jest taki wiele mniejszy odpowiednik amerykańskiego Wall Mart czyli chińszczyzny dla mas. 

Jeśli trzeba Wam coś do samochodu to macie do wyboru Repco lub Supercheap Auto. Tam znajdziecie i narzędzia i akcesoria. 



Jakbyście potrzebowali listewkę czy haczyk to odpowiednikiem powiedzmy Castoramy są tutaj Bunnings Warehouse i Mitre10



Leki i kosmetyki znajdziecie w każdej Pharmacy, ale podstawowych rzeczy z tej branży jest też sporo w supermarketach gdzie jest taniej.



Jeśli - odpukać - sprawy zdrowotne się pokomplikują poza granice samoleczenia to szukjacie najbliższego szpitala (nie prywatnego) gdzie zgłosicie się do ED czyli Emergency Depatment a tam już się wami zajmą. 



A w przypadku poważnego wypadku (tu pukamy wiele razy w niemalowane) dzwonicie na 111 i dobrzy ludzie wyślą do Was ambulans, straż pożarną czy co tam akurat będzie trzeba,  a w międzyczasie dogadacie się z waszym ubezpieczycielem co dalej. 

Leczenie urazów wynikłych z wypadku jest tu zwykle darmowe nawet dla wizytujących turystów natomiast już usuwanie wyrostka może być płatne choć nie aż tak drogie jak w USA. W szpitalu wszystko się wyjaśni. 

Tak czy siak unikajcie szpitali. Nic przyjemnego. Jest dużo ciekawszych rzeczy do zobaczenia w Nowej Zelandii. 





Popularne posty