Po wstępnych
informacjach jakie zamieściłem w poprzednich postach czas na start bloga z
prawdziwego zdarzenia! Nazwałem go
„Przewodnik subiektywny” dlatego, że chciałem w nim przedstawiać moje ulubione
zakamarki Nowej Zelandii. Takie miejsca, do których rzadko docierają
standardowe wycieczki i turyści wpadający tu na kilka chwil. Wręcz przeciwnie,
to zakątki, w których można pogrzebać w historii, poznać lokalne obyczaje,
podpatrzeć życie mieszkańców, zrozumieć niuanse przyrody, klimatu i naturalnego
środowiska tego kraju. Wiele z tych miejsc jest to tajemnice znane tylko wśród "lokalsów" i sporo rodowitych Nowozelandczyków z innych regionów też o nich nie
wie.
Gotowi na
przygodę poza utartym szlakiem? No to ruszamy. Tak jak poprzednio zacznijmy
więc od Dalekiej Północy.
Okolice Cape
Reinga
Wspominałem już
wcześniej, że to miejsce jest nie tylko urokliwe, ale i pełne maoryskich legend
– serio, można tu poczuć się jak w środku opowieści z innego świata!
Jeśli już
zdecydujecie się tam wybrać, to koniecznie ruszcie z parkingu razem z innymi i
przejdźcie się tą „uroczą” asfaltową ścieżką do latarni morskiej. Przy latarni,
w oddali, na wysuniętym skalnym cypelku, wypatrujcie małego drzewka przyklejonego do skały –
to właśnie Te Aroha.
Te Aroha
Wygląda niepozornie, choć to pohutukawa, czyli tutejsze
„Christmas Tree”. Nazwa nieprzypadkowa – co roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, te
wielkie nadmorskie drzewa stroją się w piękne, czerwone kwiaty. Ale uwaga, to
konkretne drzewko jest wyjątkowe – ponoć rośnie tu już od ośmiuset lat i przez
ten czas zakwitło tylko raz! Według Maorysów to nie byle jakie drzewko, ale
prawdziwy portal między światem żywych i umarłych. Dusze zmarłych Maorysów
zjeżdżają po jego korzeniach prosto do oceanu, gdzie czekają na nich wrota do
zaświatów. W języku maoryskim, jeśli ktoś „zsunął się po korzeniach
pohutukawy”, to znaczy, że odszedł z tego świata – poetycko, prawda?
Po drodze do latarni, możecie poczytać na specjalnych tablicach o innych maoryskich wierzeniach związanych z tym miejscem – niektóre są naprawdę warte zadumy (albo przynajmniej chwili przerwy na złapanie oddechu).
Latarnia na Cape Reinga
Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen
Gdy już wypatrzycie
to legendarne drzewko, zrobicie obowiązkowe zdjęcia pod latarnią i napatrzycie
się na spektakularne, walczące ze sobą fale dwóch oceanów, polecam szybki
odwrót w górę. Po około trzystu metrach, po prawej stronie, znajdziecie tablicę
rozpoczynającą szlak do Te Werahi Beach i Cape Maria Van Diemen. Jest spora
szansa, że na tym szlaku nie spotkacie żywej duszy, a na końcu czeka na was
dzika plaża i fale Morza Tasmana, które naprawdę robią wrażenie.
Te Werahi Beach i Przylądek Maria Van Diemen
Idealne
miejsce na chwilę samotności i refleksji – z dala od tłumu turystów, którzy
zostali pod latarnią. Kąpieli nie polecam, bo Tasman jest naprawdę nieobliczalny
a na ratowników tutaj nie ma co liczyć.
Taputaputa Beach
Moje drugie
ulubione miejsce w tej okolicy to Taputaputa Beach. Tutaj uwaga: do niedawna ta
plaża i zatoka zwane były Tapotupotu, tak więc na mapach i w przewodnikach
ciągle ta poprzednia nazwa może funkcjonować. Lokalni Maorysi stwierdzili, że w
nazewnictwie znowu biali (pakeha) coś przekręcili i twierdzą, że to powrót do właściwej,
tradycyjnej nazwy. Mnie tam wszystko jedno. Ważne, że miejscówka zwala z nóg.
Taputaputa Beach
Aby się tam
dostać, w drodze powrotnej od parkingu przy Cape Reinga, po około 2 km wypatrujcie
dość dobrze oznakowanego odejścia szutrowej drogi w lewo. Na dół do plaży macie
ok 2 km. Wolniutko proszę i uważać na zakrętach, bo wąsko, kręto i na kamyczkach
trochę nosi. Po chwili wyłoni się widok na cudowną zatokę i plażę. Nad plażą
jest sporo miejsc piknikowych ze stolikami i toaletami. W głębi jest pole
campingowe DOC-u. Więc jeśli jesteście kamperem lub z namiotem to polecam to
miejsce gorąco. Rezerwacje on line na stronie https://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/places-to-stay/stay-at-a-campsite/
Jeśli nie pokazuje się w drop down menu to idźcie do mapy i znajdźcie to na
mapie. DOC nie jest perfekcyjny.
Koszt aktualnie $32
za miejsce na dwie osoby. Jest tam woda, ale raczej niezdatna do picia, toalety,
jest nawet zimny prysznic natomiast brak prądu. W szczycie sezonu, czyli
okolicach Świąt i Sylwestra będzie tam trochę tłoczno, ale poza tym okresem jest
luz.
Wiecie już mniej
więcej jak sobie radzić z podstawową logistyką to teraz czas zastanowić się nad
marszrutą waszej wyprawy po Aotearoa.
Wspominałem już
wcześniej, że skoro już zdecydowaliście się wydać sporo kasy, aby się tutaj
dostać to warto iść za ciosem i przylecieć tu na jak najdłużej. W końcu na
drugi koniec świata nie lata się zbyt często a być może będzie to Wasza jedyna
wizyta na Antypodach.
Spotkałem się
również z takim myśleniem: „skoro już lecimy tak daleko to wpadniemy jeszcze do
Australii i na któreś z wysp Pacyfiku – może Fiji a może Tonga”. To jest bardzo
rozsądny pomysł oczywiście jeśli macie kilka miesięcy urlopu, dużo energii i
jeszcze więcej gotówki.
Australia to
kontynent wielkości USA i wpadanie tam na kilka dni jest oczywiście możliwe,
ale zbyt wiele z Australii w ten sposób nie zobaczcie – a jest tam co oglądać.
Natomiast Pacyfik
to ocean, który w zasadzie zajmuje prawie połowę powierzchni naszej planety i odległości
między wyspami są olbrzymie. Lot z Nowej Zelandii na najbliższe nam Fiji zabiera
3.5 godziny. Wszystko jest możliwe, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nasz
region to nie Karaiby czy Morze Śródziemne.
Wróćmy więc do
możliwych wersji marszruty po Nowej Zelandii. O Pacyfiku i Australii będę pisał
w przyszłości.
Zacznijmy więc od
mapy największych turystycznych atrakcji, czyli miejsc, dokąd wożona jest
większość turystów. Są to miejsca faktycznie warte zobaczenia, ale jak się
domyślacie są one również najbardziej zatłoczone i skomercjalizowane.
Na pierwszy ogień
Wyspa Północna. Zaczynamy od północnego czubka i jedziemy w dół.
Cape Reinga,
90 Miles Beach i wielkie wydmy.
Cape Reinga to
widowiskowy przylądek, gdzie spotykają się prądy i fale morskie z Morza Tasmana
i Pacyfiku. Każdy musi sobie zrobić tutaj selfie przed małą latarnią morską i
słupkiem z odległościami do wielu znanych miejsc na świecie.
Pomijając tłum Instagramowiczów
miejsce jest naprawdę urokliwe, z przepięknym skalisto-piaszczystym wybrzeżem.
Najlepiej jest trafić tam o świcie albo o zachodzie słońca, bo wtedy mniej tam ludzi
i widoki przecudne. Problem tylko taki, że to jakieś 90 km od najbliższej
miejscowości więc albo trzeba wyjechać po ciemku albo wracać po ciemku.
Większość ludzi i wycieczek pojawia się tam zatem w ciągu dnia i wtedy
najlepiej zejść trochę na bok wzdłuż pieszych szlaków które prowadzą wzdłuż
wybrzeża.
Wycieczkowicze
grupowi docierają tu zwykle autobusami lub mikrobusami asfaltową drogą, ale
można tu również dotrzeć wzdłuż 90 Miles Beach choć wymaga to samochodu
terenowego i czasowo ograniczone jest pływami morskimi. Taką wyprawę da się zamówić,
jeśli pojazd jaki wypożyczycie to zwykły samochód.
Na północnym
końcu 90 Miles Beach są wielkie wydmy jak na Saharze. To też obowiązkowy
przystanek turystyczny. Na miejscu można wypożyczyć mała deskę surfingową a na
niej pozjeżdżać sobie jak na sankach ze stromych wydm.
Bay of Islands
To jest prawdziwa
mekka żeglarska i wodniacka. Spory akwen usiany wieloma wyspami z setkami
urokliwych zatoczek i plaż.
To tutaj zrodziła się formalnie Nowa Zelandia. W
Waitangi jest muzeum w miejscu, gdzie podpisano układ z Maorysami, którzy
zgodzili się być poddanymi korony brytyjskiej. Paihia to centrum turystyczno/rozrywkowe.
Koniecznie trzeba wsiąść na niewielki prom pasażerski i popłynąć na drugą
stronę zatoki do Russell. Tutaj przez kilkanaście lat funkcjonowała pierwsza
stolica Nowej Zelandii. To bardzo sympatyczne miejsce warte wypicia kawy czy
zjedzenia lunchu w nadbrzeżnych kafejkach wśród starej, wiktoriańskiej
zabudowy.
Deptak w Russell
A w Opua jest jedna z najważniejszych żeglarskich marin, gdzie zawija
większość jachtów żeglujących dookoła świata, aby przeczekać okres cyklonów na
Południowym Pacyfiku czyli naszego lata.
Auckland
Najprawdopodobniej
właśnie stąd będziecie rozpoczynać swą wyprawę, bo większość międzynarodowych
lotów przybywa właśnie tutaj lub do Christchurch na Południowej Wyspie.
Auckland to
miasto tysięcy żagli. Zatoka Hauraki, olbrzymie mariny i okoliczne wyspy robią
wrażenie. Miasto, jak wiele miast nowego świata, nie powala, ale jeśli
zdecydujecie się na spędzenie czasu w Auckland to z pewnością warto wybrać się
do centrum, przejść się wzdłuż Queen Street między Aoetea Square a wybrzeżam,
zaliczyć knajpki w okolicach Viaduct Basin, pójść przez zwodzony most na spacer
w kierunku głównej mariny. Jeśli chcecie
spędzić tu więcej czasu to godne polecenia jest Auckland War Memorial Muzeum,
które ma bardzo ciekawe ekspozycje i położone jest w pięknym parku. Stąd już
tylko parę kroków do Parnell Rd gdzie w wiktoriańskich domkach znajdziecie
mnóstwo klimatycznych knajpek dobrych i na lunch i na wieczorny dinner. Jeśli
zasiedzicie się w Auckland jeszcze bardziej to przy Queen Street znajdziecie
przystań regionalnych promów, które szybko i nie tak drogo zawiozą Was na drugą
stronę do Devon Port który też warto zaliczyć a jeszcze lepiej wybrać się na kilkugodzinną
wyprawę na Waiheke Island, gdzie też jest ciekawie i znajdziecie tam pierwsze
winnice i probiernie win.
O Auckland można
by bardzo długo, bo to miasto, gdzie mieszka w tej chwili jedna trzecia
ludności całej Nowej Zelandii i prawie w każdej z rozrzuconych szeroko dzielnic
są jakieś atrakcje, plaże czy inne uciechy, ale moim zdaniem nie po to leci się
taki kawał drogi, żeby marnować czas na Auckland.
Półwysep
Coromandel
Tak jak wiele
zorganizowanych wycieczek omija wszystko na północ od Auckland tak też wiele z
nich omija ten piękny zakątek, ale jednak niektóre bardziej ambitne jakoś tam
docierają.
Coromandel to nie
bez powodu ulubione miejsce weekendowe mieszkańców Auckland. Bardzo urozmaicona
linia brzegowa z licznymi wyśmienitymi plażami poprzedzielanymi skalistymi
odcinkami, w centrum półwyspu morze zieleni, wodospady, rezerwaty przyrody. Wszystko
godne polecenia, szczególnie jeśli nastawiacie się na bardziej kampingowe
spędzanie czasu, byczenie się na plażach czy wyprawy wędkarskie lub nurkowe. Żelazne
punkty programu które powinno się zaliczyć to Cathedral Cove w Hahei Beach i
Hot Water Beach gdzie w pobliskim sklepiku można wynająć łopatkę i podczas
odpływu wykopać sobie na granicy fal grajdołek, który podchodzi cieplutką wodą
i ma się Jacuzzi za darmo aż przyjdzie przypływ i wszystko zabierze.
Hot Water Beach
Hobbiton
Ciągle popularne szczególnie
wśród fanów filmowej trylogii Tolkiena miejsce, które było oryginalnym planem
filmowym wioski Hobbitów. Jest w nim pewna magia, bo utrzymywane jest ciągle w
bardzo dobrym stanie a niedawno nawet wydano sporo pieniędzy i zbudowano pełną wersję
mieszkania Bilbo Bagginsa. Do tej pory okrągłe drzwi w stokach wzgórza prowadziły
do nikąd, bo wszystkie sceny z wnętrz oryginalnie filmowane były w studio
filmowym. Kiedy byliśmy w Hobbitonie pierwszy raz to po powrocie do domu
natychmiast obejrzeliśmy raz jeszcze film i śmialiśmy się, że teraz już możemy
spokojnie żyć w Shire.
Waitomo Caves
Jaskinie w
Waitomo to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Nowej Zelandii i
żelazny punkt programu większości wycieczek zorganizowanych. Jaskinie znane są
przede wszystkim z niezwykłych świetlików, które oświetlają wnętrza jaskiń. Poza
tym oferują niezapomniane wrażenia dzięki spektakularnym formacjom skalnym i
podziemnym rzekom po których turyści spławiani są łódkami. Warte obejrzenia głównie
ze względu na świetliki.
Rotorua
Dwie największe
atrakcje tego miasteczka to zjawiska geotermalne i kultura maoryska a wszystko
w scenerii pięknych jezior i wspaniałych lasów. To również żelazny punkt
programu turystów zorganizowanych, ale z pewnością wart polecenia także
turystom indywidualnym. Tu naprawdę warto zatrzymać się nawet na kilka dni, bo
pełno tu atrakcji dla wszystkich. Od spokojnego kontemplowania uroków jezior,
strumieni i lasów, odwiedziny w wiosce zasypanej jak Pompeje przez wulkan
Tarawera, wspaniałe szlaki dla rowerów górskich, pokazy rolnicze, spacery wokół
gejzerów i bulgocących błot termalnych, wreszcie zapoznawanie się z kulturą i
zwyczajami Maorysów włącznie z degustacją hangi, czyli jedzonka przygotowanego
w ich piecu ziemnym. Trochę za dużo tam komercji jak na mój gust, ale mimo
wszystko warte zaliczenia.
Taupo
To miejscowość
nad olbrzymim jeziorem o tej samej nazwie. Tutaj bierze początek największa
rzeka Nowej Zelandii zwana Waikato, która wpływa do morza w okolicach Auckland.
Cały szereg skalistych przełomów Waikato wykorzystano do stworzenia całej serii
hydro-elektrowni, ale pierwszy przełom tuż poniżej Taupo zwany Huka Falls warto
obejrzeć. Jest tu sporo innych atrakcji, ale to temat na później. Będąc na
głównym deptaku ciągnącym się wzdłuż wybrzeża jeziora przy dobrej pogodzie
widać wyraźnie sylwetki wspaniałych wulkanów wyrastających na południe od jeziora
Taupo.
Tongariro
National Park
Jedno z
najbardziej spektakularnych miejsc Północnej Wyspy. Trzy czynne wulkany robią
wrażenie. Najwyższy z nich to Mt Ruapehu przez większość roku jest ośnieżony i
są tam jedyne w miarę przyzwoite tereny narciarskie. To tutaj filmowano sceny z
Mordoru do Władcy Pierścieni (trochę to potem komputerowo podkręcono, ale jednak).
Można podziwiać z samochodu, ale polecam przejście się wieloma szlakami, z
których najbardziej oblegany jest Tongariro Alpine Crossing, wejście na który
trzeba w sezonie bukować. Dlaczego nazwano go Alpine tego nie wiem. To taki
kiwiski kompleks Europy chyba bo ani z Alpami, ani z alpinizmem nie ma nic
wspólnego. Powinien się nazywać Tongariro Mordor Crossing.
Mordor
Mt Taranaki
To kolejne
miejsce na zachodnim wybrzeżu Północnej Wyspy, które często jest omijane przez wycieczki
zorganizowane pędzące przez Nową Zelandię na złamanie karku. Prawie idealny
wulkaniczny stożek, przez większość część roku ośnieżony jak Mt Fuji w Japonii.
Okoliczne miasteczka mają swój klimat a sama góra ma sporo ciekawych
szlaków do połażenia, choć wyżej to już raczej wspinaczka dość ekstremalna.
Hawkes Bay
Po wschodniej
stronie Północnej Wyspy, jest inne miejsce, które bywa pomijane przez główną
gawiedź turystyczną – to Hawkes Bay, jedno z najcieplejszych i najbardziej
słonecznych miejsc w Nowej Zelandii. Dwa bliźniacze miasta Napier i Hastings są
warte zwiedzenia. Napier zostało poważnie zniszczone przez wielkie trzęsienie
ziemi w 1931 roku, po czym nastąpiła jego wielka odbudowa, a że wszystko działo
się w okresie Art Deco więc większość dzisiejszej zabudowy utrzymana jest w
tym stylu. Co roku w lutym odbywa się tu festiwal Art Deco i trzeba przyznać,
że robi on wrażenie, bo wszyscy ubierają się stylowo, po ulicach jeżdżą stare
samochody, wszędzie słychać charlestona i zabawa jest przednia. Dodać tu należy,
że Hawkes Bay jest wielkim zagłębiem winiarskim i sadowniczym i jest co
degustować.
Napier
Wellington
Wiadoma rzecz –
stolica. Choć jest o wiele mniejszy od Auckland jednak obecność ambasad i
centralnych urzędów sprawia, że kulturalnie Wellington raczej bije Auckland na
głowę. Jeśli zdecydujecie się na przejechanie samochodem czy kamperem całej Nowej
Zelandii to tutaj będziecie wjeżdżać na prom, który zabierze Was do Picton na
Południwej Wyspie. Warto spędzić w Wellington przynajmniej jeden dzień i
zaliczyć narodowe Muzeum Te Papa, przejść się wzdłuż starych nabrzeży portowych
zamienionych na ciekawy ciąg różnych atrakcji i dobrych knajp. Moim
subiektywnym zdaniem mimo częstych wiatrów Wellington jest bardzo sympatycznym
i atrakcyjnym miejscem.